• Menu

    Pieniądze chować do skarpety

    Za czasów mojej młodości mówiło się, że coś „jest pewne jak w banku”. Pożegnaliśmy się z tym pewnikiem po ostatnim kryzysie finansowym, gdy okazało się, że wraz z upadkiem banku trzeba się pożegnać ze zgromadzonymi w nim pieniędzmi. Chodziło o większe sumy, bo Bankowy Fundusz Gwarancyjny pokrywał straty do 100 tys. euro. Niepokój jednak pozostał.

    Eksperci Konfederacji Przedsiębiorstw Finansowych i Szkoły Głównej Handlowej przeprowadzili ostatnio ankietę, która miała odpowiedzieć na pytanie, gdzie Polacy najchętniej przechowują swoje oszczędności. Okazało się, że ponad połowa (53,7 proc.) trzyma je w skarpetach. Wydawać by się mogło, że bez konta bankowego nie da się już w Polsce żyć, a tu taka niespodzianka.

    Podobno mamy bardzo nowoczesny system bankowy, co jest efektem renty zacofania. Gdy po transformacji ustrojowej polskie banki weszły na konkurencyjny rynek, sięgnęły po najnowocześniejsze technologie, bo starych nie opłacało się instalować. Era czeków, które były pierwszym zwiastunem nowoczesności, trwała na przykład zaledwie kilka lat. A do dzisiaj czekami obraca się np. w Stanach Zjednoczonych. U nas królują karty płatnicze i kredytowe, a ostatnio płacić już można telefonem komórkowym.

    Z tak nowoczesnego systemu bankowego nie wszyscy chcą jednak korzystać. Trzymają pieniądze w domu, albo w kieszeni, co jest zachętą dla włamywaczy i kieszonkowców. Najczęściej kontaktów z bankami unikają mieszkańcy wsi i małych miast, zwykle bez stałego źródła dochodów. Jest to, jak się okazuje, olbrzymia armia ludzi wykluczonych w sposób specyficzny, bo z gospodarki cyfrowej.

    A jak dbamy o nasze dochody w przyszłości? Też nie najlepiej. Na lokaty w Indywidualnych Kontach Emerytalnych lub Zabezpieczenia Emerytalnego kierujemy zaledwie 7,3 proc. naszych dochodów. Wygląda na to, że tylko znikoma część obywateli będzie miała jakieś dodatki do urzędowych emerytur. Pokutuje przekonanie, że za emerytury odpowiada państwo i że w ogóle jakoś to będzie.

    A nie będzie. Eksperci liczą i wychodzi im, że tzw. stopa zastąpienia, czyli wysokość emerytury w stosunku do ostatniej pensji, wynosić będzie w niedalekiej przyszłości 30 proc. Jeżeli więc ktoś zarabia dzisiaj 2 tys. zł, to ZUS wyliczy mu 600 zł emerytury, czyli mniej niż wynosi emerytura najniższa, gwarantowana przez państwo. Otrzyma więc dopłatę 400 zł, ale pod warunkiem, że ma wypracowany staż pracy. A z tym też nie będzie łatwo. Ludzie, którzy zdecydowali się pracować na umowie śmieciowej, czyli o dzieło, przepracowanych lat nie będą mogli zaliczyć do wysługi emerytalnej. Dzisiaj dostają trochę więcej, bo pracodawcy zwykle dzielą się zyskiem z niezapłaconej składki, ale na starość będą musieli korzystać z pomocy społecznej lub rodzinnej.

    Rząd chce temu zapobiec i wystąpił z koncepcją stworzenia Pracowniczych Planów Kapitałowych. Mają one też częściowo złagodzić skutki obniżenia wieku emerytalnego. Będzie to dobrowolne gromadzenie oszczędności emerytalnych. Będą w to zaangażowani pracodawcy i pracownicy oraz państwo. Z rządowej kasy popłyną pieniądze na tzw. składkę powitalną 250 zł i dopłatę roczną 240 zł. Pracodawca będzie musiał płacić składkę podstawową 1,5 proc uposażenia z możliwością zwiększenia jej o 2,5 proc. Pracownik 2 proc.i dodatkowe dobrowolne 2 proc. Będzie to wprowadzane etapowo. Najpierw w firmach większych, a w końcu we wszystkich.

    Pracodawcy będą więc musieli dopłacać do każdego pracownika kilkadziesiąt zł miesięcznie. Gdy mają ich stu, robi się już z tego pokaźna suma. Firma jest jednak w sytuacji przymusowej – Pracownicze Plany Kapitałowe stworzyć musi. Zrezygnować z tego mogą jednak sami pracownicy. Możliwe więc będzie, że przedsiębiorcy będą namawiać swoich podwładnych, żeby z tego dobrodziejstwa nie korzystali. Będą mieli w ręku argument – wy wtedy też nie zapłacicie składek ze swoich pensji.

    Pożyjemy – zobaczymy. Według szacunków ekspertów BZ WBK w przyszłym roku pracownicy wpłacą do PPK 3,8 mld zł, pracodawcy 5 mld zł. W następnych latach wpływy będą rosły i łącznie dadzą w 2020 roku 21,3 mld zł.

    Na przeszkodzie w realizacji tego scenariusza może stanąć nieufność pracowników. Gdy w 1999 roku wprowadzano Otwarte Fundusze Emerytalne, przyszli emeryci oglądali w telewizji obrazki z wczasów pod palmami i starszych jegomości palących cygara. W 2013 roku dowiedzieli się natomiast, że te pieniądze nie są ich. Takie sytuacje mocno zapadają w pamięci. Ludzie mają prawo pytać, a co będzie z pieniędzmi, zgromadzonymi w PPK. Czy jakaś następna władza nie wyciągnie po nie rąk, żeby załatać dziury w budżecie. A te pojawią się niechybnie.

    Czesław Rychlewski

    Dodaj komentarz

    Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

    Artykuły powiązane

  • Subskrybuj Nasz Biuletyn

  • Kategorie

  • Subskrybuj Nasz Biuletyn

  • Polecane