• Menu

    Potrzebny silny koncern zbrojeniowy

    Jeżeli będziemy się zamykali za ścianą albo będziemy sprzedawali swoje aktywa wyłącznie wielkim koncernom zachodnim, nigdy nie będziemy równorzędnym partnerem do rozmów z liczącymi się podmiotami. Tego nie da się osiągnąć od ręki, potrzeba lat, bo na razie wciąż za dużo jest polityki i spraw administracyjnych, a za mało ekonomii – mówi Sławomir Kułakowski, prezes Polskiej Izby Producentów na rzecz Obronności Kraju

     

    Kiedy rozmawialiśmy rok temu, powiedział pan w kontekście sytuacji na Ukrainie, że nasze służby zaspały. Czy od tego czasu nauczyły się patrzeć nie tylko na Zachód, lecz także na Wschód?

    – Nie wypada mi wypowiadać się na temat pracy służb specjalnych, ale patrząc od strony branży, zauważalny jest nieznaczny postęp. Partnerzy zza wschodniej granicy chcą rozszerzyć współpracę z Polską w różnych dziedzinach, jednak na drodze stoją odgórne, polityczne ograniczenia po ich stronie. Teraz, po przerwie, jaka miała miejsce z wiadomych względów, muszą szukać nowych kooperantów, by powrócić do dawnego wysokiego poziomu.

    Polska w naturalny sposób jest dla Ukrainy dobrym partnerem, bo mamy podobne doświadczenia produkcyjne pod względem wytwarzanych wyrobów i stosowanych technologii, dlatego bez większych problemów możemy uzupełnić lukę w dostawach komponentów. Co więcej, na bazie współpracy możemy rozwinąć nowe wdrożenia, których nie ma na krajowym rynku, a które, jak pokazuje przykład Ukrainy, są potrzebne na wyposażeniu żołnierza, poczynając od amunicji po broń, zwłaszcza podręczną broń przeciwpancerną, której brakuje polskiej armii.

    Polska przez lata była liderem pod względem dostosowywania radzieckiego uzbrojenia do nowej rzeczywistości. Czy ten kierunek nadal ma potencjał?

    – Ten segment rynku zbrojeniowego powoli się kurczy, bo światowa tendencja prowadzi do stopniowej likwidacji przestarzałego uzbrojenia. Firmy, które dotychczas specjalizowały się w modernizacji tego typu sprzętu, w najbliższych latach muszą przestawić się na nowe produkty, ograniczając tę gałąź działalności do minimum. Rodzime firmy często szczyciły się swoją specjalizacją, ale nie promowały się na świecie, więc nic z tego nie wynikało. Pewnie jeszcze przez kilka lat zdołamy coś wycisnąć z tej specjalizacji, ale bez wątpienia możemy mówić o tendencji schyłkowej.

    Jak pan ocenia funkcjonowanie Polskiej Grupy Zbrojeniowej w początkowym okresie działalności?

    – Zawsze mówiłem, że potrzebny jest silny koncern zbrojeniowy, który oddziaływałby na region środkowoeuropejski. Dlatego też przed PeGaZem jeszcze daleka droga – musi wyjść poza granice kraju. Oznacza to znalezienie partnerów, którzy będą produkowali komponenty potrzebne dla polskiej armii. Jeżeli będziemy się zamykali za ścianą albo będziemy sprzedawali swoje aktywa wyłącznie wielkim koncernom zachodnim, nigdy nie będziemy równorzędnym partnerem do rozmów z liczącymi się podmiotami. Tego nie da się osiągnąć od ręki, potrzeba lat, bo na razie wciąż za dużo jest polityki i spraw administracyjnych, a za mało ekonomii.

    Trudno oceniać PeGaZ po tak krótkim okresie działania, kiedy cały czas jest w trakcie organizowania się. Wyniki Grupa przedstawiła bardzo dobre, bo ponad 200 mln zł – pytanie tylko, co z tym zyskiem zrobi właściciel. Jest trzech udziałowców: Skarb Państwa oraz Agencja Rozwoju Przemysłu i Polski Holding Obronny, czyli de facto też Skarb Państwa. Zgodnie z zamysłem PHO miało ulec likwidacji, a PeGaZ został utworzony, żeby firmy nie wchodziły do holdingu, tymczasem jest on udziałowcem nowej grupy. Nie tak powinny przebiegać zmiany. Obecnie PHO ma się dobrze, a nawet lepiej niż wcześniej, bo pozbył się kłopotów związanych z zarządzaniem, a majątek mu rośnie.

    Co według pana powinien zrobić Skarb Państwa z zyskiem Polskiej Grupy Zbrojeniowej?

    – Po pierwsze nie powinien zabierać tego w formie dywidendy. 200 mln powinno być przeznaczone na dalszy rozwój grupy i stworzenie funduszu badawczo-rozwojowego. Zabranie pieniędzy, żeby załatać dziurę w budżecie, świadczyłoby o braku wizji dalekosiężnego rozwoju ze strony rządzących. Przez najbliższe lata Skarb Państwa nie tylko nie powinien zabrać z grupy złotówki, ale wręcz powinien wspomagać jej dalszą działalność, bo mimo obiecujących początków nadal jest to twór na chwiejnych nogach, ograniczający działalność do rynku krajowego, któremu może zagrozić byle załamanie.

    Jak postrzega pan pomoc państwa dla firm zbrojeniowych, która w innych krajach jest istotnym wsparciem dla eksportu i ekspansji na rynki obce?

    – Pod tym względem jest w Polsce coraz lepiej. W promocję krajowego przemysłu zbrojeniowego mocno zaangażowało się Ministerstwo Obrony Narodowej. Drugim ważnym partnerem dla firm z sektora jest resort spraw zagranicznych. Niestety problemem jest brak ciągłości tego typu działań po zakończeniu określonego programu dedykowanego sektorowi obronnemu. Kontynuacja jest konieczna, bo przerywając promocję po 2 latach, wyrzucamy kilkanaście milionów w błoto. Skuteczna promocja produktu na rynku obcym wymaga od 5 do 8 lat ciężkiej pracy.

    Ponadto nadal nie ma strategii rozwoju polskiego przemysłu obronnego. Skończyła się strategia do roku 2012, która nie została do końca rozliczona, a nowego dokumentu nie opracowano, natomiast Polska Grupa Zbrojeniowa powstała, nie będąc częścią żadnej strategii. Mam wrażenie, że niektórzy decydenci tak koncentrują się na PeGaZie, że zapominają, że Grupa nie istnieje w próżni. Przecież PeGaZ ma opanowany tylko pewien segment rynku zbrojeniowego, a wokół grupy istnieją inne firmy prywatne, dostarczające rozwiązania z zakresu łączności, logistyki i innych dziedzin związanych z obronnością. Taka taktyka obróci się przeciwko decydentom, bo powstaną nowe zarzewia konfliktów, które kilka lat temu udało się zlikwidować. Znowu nie wszystkie firmy traktuje się równorzędnie.

    Politycy wyobrażali sobie, że powołanie PeGaZa położy kres wszystkim problemom obronności – to duży błąd. PeGaZ będzie generował kłopoty samym swoim istnieniem, chociażby socjalne, bo w obrębie grupy jest zatrudnionych kilkadziesiąt tysięcy osób, które będą zjadały własny ogon, bo wypracowany zysk będzie szedł na ich utrzymanie.

    Polski przemysł obronny nie najgorzej radzi sobie na rynkach azjatyckich, ale czy nie przegapił szans związanych z Afryką?

    – Żeby na to odpowiedzieć, należałoby się zastanowić, kto historycznie w Afryce rządził. Byli przecież Francuzi, Brytyjczycy, Portugalczycy. Dziś jednak mija okres ich wpływów. Państwa afrykańskie są świadome, że nie wszystko, co pochodzi z dawnych metropolii, jest dobre. Wiedzą też, że tanie – czytaj: chińskie – nie zawsze znaczy solidne. Myślę, że nie musimy już zbyt usilnie przekonywać potencjalnych partnerów, bo Afryka sama się na nas otwiera. W ostatnim czasie więcej państw afrykańskich interesuje się pozyskaniem sprzętu z Polski.

    Zrealizowaliśmy już kontrakty na dostawy do Nigerii, Konga, Angoli. Nie jest więc źle, można jedynie ubolewać, że to dość przypadkowe transakcje, które są następstwem kontaktów nawiązanych przez firmy, a nie strategii i programu pomocy państwa. Jako rynek, który przespaliśmy, wskazałbym natomiast Amerykę Południową, która wciąż ma duży potencjał i nisze do zagospodarowania.

    Jak pan skomentuje przetarg na śmigłowce dla polskiej armii?

    – Szanuję MON ze względu na decyzje podejmowane na podstawie własnych założeń i analiz. To specjaliści, ale ja jako laik i ekspert sektora przemysłowego nie rozumiem, że resort obrony, mając w Polsce dwa zakłady produkcyjne, dokonał takiego wyboru. To godzi w firmy, które od lat inwestują w polski przemysł obronny, podczas gdy produkcja leży i trzeba zwalniać ludzi w sektorze lotniczym. Co zyskujemy? Na pewien okres zyskujemy montownię, podczas gdy ograniczamy moce produkcyjne gotowych śmigłowców. Stąd pogłoski, że doszło do politycznego dealu i decyzja o wyborze francuskich Caracali była prezentem za to, że nie wybraliśmy francuskich rakiet do tarczy, a poza tym był potrzebny głos, żeby Tusk został przewodniczącym Rady Europejskiej. W przypadku takich motywów nie liczą się aspekty ekonomiczne i dobro gospodarki.

    Różne są też poglądy na temat wykorzystania śmigłowców. Zasadnicze pytanie brzmi: czy w warunkach zagrożenia lepiej, żeby jedną rakietą zniszczono cały pluton, czy żeby została zniszczona sekcja, która będzie leciała Black Hawkiem lub AW149. Ja byłbym za drugą opcją. Taka praktyka jest powszechna na świecie. Dlatego nie jestem zwolennikiem zakupu wielozadaniowych Caracali. Pamiętajmy jednak, że nie jest jeszcze rozstrzygnięta procedura offsetowa i finalizacja to perspektywa po wyborach, a znamy z historii przypadki, kiedy po zmianie władz umowy były anulowane.

    Jak rozwija się polska myśl technologiczna w przemyśle obronnym? Czy relacje naukowo-techniczne i efekty tej współpracy zmieniają się na lepsze?

    – Na wielu uczelniach są kierunki, które szkolą specjalistów w dziedzinie obronności. Jeśli przejdziemy się po zakładach produkcyjnych, widać, że jest potencjał i gotowość do wdrożenia nowych technologii. Środowisko naukowe rzeczywiście mocniej się otworzyło na przemysł zbrojeniowy. W wielu ośrodkach wyraźnie zmieniło się nastawienie do kooperacji z przemysłem. Jeżeli współpraca dalej będzie zmierzać w tym kierunku, a przy tym znajdą się większe pieniądze na badania, jest szansa, że przemysł zbrojeniowy znacząco się rozwinie.

    W tej części Europy naprawdę nie mamy się czego wstydzić – w wielu dziedzinach pobiliśmy na głowę naszych sąsiadów: Czechów, Słowaków, wygrywamy w konkurencji z Węgrami czy Bułgarami, jeśli chodzi o innowacje. Jednak często zapominamy, że rozwijając nowe produkty, wciąż trzeba mieć w gotowości dawne linie technologiczne, na które jest duże zapotrzebowanie, zwłaszcza na Wschodzie, gdzie brakuje np. lekkiej broni strzeleckiej. Nie można się zachłysnąć innowacjami i próbować dorównać zachodnim standardom, bo pewne zyski przynoszą zamówienia na produkty, które u nas przestaje się produkować.

    Świat korzysta z naszego nowatorskiego dorobku?

    – Oczywiście. Przykładów nie trzeba szukać daleko. Wystarczy popatrzeć na sukces WB Electronics i sprzedaż licencji do produkcji systemów łączności wewnętrznej Fonet dla koncernu Harris. Innym przykładem może być firma pozostająca w cieniu – Vigo System, dla której jednym z głównych odbiorców jest rynek amerykański. Obie firmy korzystają z możliwości ulg, jakie daje specjalna strefa ekonomiczna. Zarząd PeGaZa również powinien pomyśleć o stworzeniu przemysłowego parku zbrojeniowego poza Warszawą.

    Ostatnio w mediach dużo mówi się o bezzałogowcach, dronach. Czy tak wygląda przyszłość armii?

    – Tak, do armii w coraz większym stopniu będą trafiać ludzie wychowani na grach komputerowych, którzy będą chcieli jak najwięcej zdziałać na polu walki za pomocą dronów, zarówno jeżdżących, jak i latających. Nie myślą o tym, że korzystając z tego typu środków, coraz łatwiej zabijać. Bazowanie na automatyce niesie wiele zagrożeń. Automatyzacji nie da się uniknąć, ale nie można pozbawiać armii ludzkiej twarzy. Jeszcze przez wiele lat nic nie zastąpi człowieka.

    Coraz większą rolę zaczynają odgrywać na rynku małe firmy prywatne. Jak pan ocenia ich potencjał w kontekście sektora obronnego?

    – Niektóre wznoszą się wysoko, inne znikają. To mocno rozwijający się rynek, który jeszcze znajdzie swoje miejsce w historii. Przede wszystkim w tego typu podmiotach proces decyzyjny przebiega znacznie szybciej niż w spółkach państwowych. Żeby jeszcze lepiej rozwijał się sektor MSP, powinien mieć takie same prawa do korzystania z funduszy na B+R, zleceń państwowych itd., jako przeciwwaga dla Polskiej Grupy Zbrojeniowej. PeGaZ jako samodzielny byt nie ma racji bytu, bo zjedzą go koncerny zagraniczne. Firmy prywatne muszą być dla Grupy naturalnymi kooperantami.

    Na razie PeGaZ mówi o współpracy, ale na własnych warunkach, nadużywając pozycji lidera. Taki brak pokory nie jest dobry, bo nie da się być we wszystkim pierwszym i najlepszym. Błędem Polskiej Grupy Zbrojeniowej jest, że nie mając wystarczającej liczby specjalistów, chce być liderem w każdej dziedzinie i nie dopuszcza innych do wykonania zleceń. Radziłbym, żeby pozostać mocnym w tym, w czym się jest dobrym, a w dziedzinach, w których są lepsi, usunąć się do drugiego rzędu.

    Izba, którą pan kieruje, skupia różnorodne podmioty. Czy ich współpraca jest jednym z jej głównych celów?

    – Jak najbardziej. Od 20 lat zajmujemy się promocją sektora i pomagamy w znalezieniu kooperantów do realizacji różnych projektów. Staramy się godzić interesy firm państwowych i prywatnych, wielkich i małych. PeGaZ – z racji tego, że chce być rozdającym karty – nie znalazł jeszcze pomysłu na wykorzystanie samorządu gospodarczego do realizacji celów strategicznych branży obronnej. My zawsze zajmowaliśmy się tym, czego nikt się nie podejmował albo nie potrafił skoordynować. Przez wiele lat wypracowaliśmy kontakty, które sprzyjają działaniom promocyjnym, a rynek zbrojeniowy ma to do siebie, że ceni czas i stabilizację w relacjach międzyludzkich.

    Jakie są państwa główne postulaty kierowane do wojska?

    – Żeby jak najwięcej zamawiali od polskich producentów. Jednym z głównych postulatów jest równorzędne traktowanie wszystkich podmiotów. Trzeba też usystematyzować produkcję, żeby się nie dublować, tylko wypracowywać specjalizacje.

    Przed nami targi MSPO. Jakie ma pan oczekiwania wobec tego wydarzenia?

    – Na obecnym etapie kieleckie targi MSPO traktuję jak rodzinne święta, bo oprócz prezesa Mochonia jako jeden z nielicznych jestem uczestnikiem MSPO od pierwszej edycji. Pewne rozstrzygnięcia mamy za sobą, więc najbliższa wystawa minie bez śmigłowców włoskich i amerykańskich, natomiast zaprezentuje się francuski Caracal. W tym roku nie będzie już PHO, za to okazałą reprezentację będzie miał PeGaZ.

    Wyjątkowo ze względów finansowych tym razem Izba nie sprowadza żadnych delegacji zagranicznych, co przez lata było tradycją i procentowało kontaktami handlowymi oraz umowami. To nie są duże pieniądze – sprowadzenie delegacji z jednego kraju to koszt rzędu 15–20 tys. zł. Dla Polskiej Grupy Zbrojeniowej to żadne obciążenie i polecałbym tę formę poszukiwania partnerów oraz rynków zbytu. Przy czym jako organizatorzy pobytu delegatów powinniśmy tak zaplanować im program wizyt, żeby nie mieli czasu zapoznać się z ofertą konkurencji. Należy bowiem pamiętać, że MSPO to doskonała okazja do prezentacji sprzętu, ale nie tylko polskiego.

    Jak widzi pan przyszłość krajowego rynku obronnego?

    – Mimo wielu narzekań już teraz nie jest źle i jestem przekonany, że będzie coraz lepiej. Jest stabilizacja, zwiększony udział PKB na zakupy MON-u i plan modernizacji, dzięki któremu przemysł może się dostosować do zapotrzebowania armii, a to solidne fundamenty do dalszego rozwoju branży. Oczywiście trzeba poprawić pewne drobiazgi w funkcjonowaniu systemu, ale przede wszystkim potrzebna jest instytucja koordynująca rozwój polskiego przemysłu obronnego. Jeszcze w latach 90. przy premierze działał komitet spraw obronnych Rady Ministrów, a równolegle departament do spraw przemysłu obronnego, gdzie zapadały strategiczne decyzje o inwestycjach.

    Dziś bez odpowiedniej koordynacji wiele komponentów wypadło z rynku. Co z tego, że produkujemy amunicję, skoro po latach dyskusji wciąż importujemy proch? Trzeba znieść wolną amerykankę i zaprowadzić porządek, bo dla kontrahentów z zagranicy to bardzo korzystna sytuacja, dająca im przewagę. Musi być jeden właściciel przydzielający zadania przemysłowi obronnemu.

    Jaki kraj jest najbliższy ideału i mógłby być dla nas wzorcem pod względem organizacji systemu obronności?

    – System obronności bardzo dobrze działa w Turcji, Izraelu, Francji, Wielkiej Brytanii. W tych państwach organizacja sprawdza się najlepiej. Jak wykazują analizy, odpowiedzialny za przemysł powinien być minister obrony narodowej.

    Czy Polska powinna się czuć zagrożona w dzisiejszych światowych realiach?

    – Bardziej obawiałbym się nierozważnych wypowiedzi polityków, którzy lubią straszyć, niż faktycznych zagrożeń wynikających z sytuacji na świecie. Współczesny świat walczy gospodarką. Wschód nie ma interesu w tym, żeby zadzierać z całym NATO. Jeżeli chcemy być liderem w regionie, powinniśmy sięgnąć pamięcią do historii, przeanalizować narodowe błędy i otworzyć się na jak najszerszą współpracę.

    Czego życzyłby pan sobie i firmom członkowskim?

    – Sobie zdrowia, a członkom – stabilności i świadomości, że są równo traktowani i mają takie same szanse wygrać na rynku najlepszym produktem.

    Rozmawiał Mariusz Gryżewski

    Dodaj komentarz

    Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

    Artykuły powiązane

  • Kategorie