• Menu

    Czesław Rychlewski: gdy puszczą nerwy…

    Przez wiele lat pracowałem w redakcjach gazet codziennych. Nie miałem wówczas ani jednej niedzieli wolnej. Gazety musiały się przecież ukazywać także w poniedziałki. Nie dawano nam w formie rekompensaty innych dni wolnych, bo redakcyjna robota musiała iść równym rytmem. Nikt się temu nie przeciwstawiał, bo każdy wiedział, na co się godzi, podpisując umowę o pracę i zdawał sobie sprawę z oczywistej konieczności.

    W podobnej sytuacji znajdują się ludzie pracujący w gastronomii. Nikomu nie przychodzi do głowy, żeby zamykać lokale w niedziele, aby ich personel mógł więcej czasu poświęcić na życie rodzinne i uczestnictwo w mszy świętej. Jeszcze bardziej kuriozalnie wyglądałoby wprowadzenie wolnych niedziel w elektrowniach, na kolei, służbie zdrowia, policji czy pogotowiu gazowym. „Ktoś nie śpi, żeby spać mógł ktoś, to są zwyczajne dzieje” – pisał William Szekspir ponad 400 lat temu.

    Dlaczego więc od początku polskiej transformacji do debaty publicznej wraca jak bumerang problem handlu w niedziele. Próbuje się to tłumaczyć troską o personel marketów, żeby mógł odpocząć po sześciu dniach ciężkiej pracy. Jest to jednak tylko zasłona dymna. Gołym okiem widać, że nie tylko o sprzedawców chodzi, ale także o tłumy klientów, którzy udają się na zakupy, zamiast poświęcić się praktykom religijnym. Znowu daje o sobie znać chęć wprowadzania wartości chrześcijańskich przy pomocy regulacji prawnych. Jest to bardzo krótkowzroczna praktyka, obnażająca słabość Kościoła w kwestiach wychowania swoich owieczek.

    Jestem w wieku, w którym nie muszę się obawiać, że ktoś będzie mi zaglądał pod kołdrę. Wiem bowiem dobrze, że nic ciekawego tam nie zobaczy i szybko się zniechęci. Moje dzieci i dorosłe wnuki zgrzytają jednak zębami, gdy słyszą, że ich intymne życie jest nie tylko pod kontrolą Kościoła, ale także prokuratora. Mój wnuczek, który w ubiegłym roku skończył studia, powiedział mi, że koncepcja pasterza i stada baranów zupełnie mu nie odpowiada. Współbrzmi to z piosenką Marii Peszek, kobiety w wieku jego rodziców, która śpiewa: „Pan nie prowadzi mnie, sama prowadzę się”.

    Wtrącanie się urzędników w osobiste sprawy obywateli staje się normą. Nawet w obszarze ściśle związanym z taką świętością jak prawo własności. Świadczy o tym przyjęta ostatnio ustawa o obrocie ziemią. Pod pozorem, żeby nie dopuścić obcokrajowców do przejęcia ojcowizny zablokowano prawie wszelki ruch na tym rynku. Powstał natomiast teren do korupcji. Jeżeli kupienie kilku hektarów gruntów od szwagra zależeć będzie od decyzji urzędnika z agencji, sensowne będzie upijanie go choćby przez tydzień, aby zmiękł. Można też zastosować inne metody perswazji. A dla ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobry powstanie teren do polowań, nawet bez wsparcia agenta Tomka, bo nie wzbudzi on wśród chłopów ogłupiającego pożądania.

    Nie wiem natomiast, ku czemu ma prowadzić zniechęcanie rodaków do Unii Europejskiej. – Polska nie może czuć się państwem, które jest zaszczuwane, gonione, tropione, pouczane – przekonywała posłanka Krystyna Pawłowicz, która weszła w skład parlamentarnego zespołu eurorealistycznego. Powstał on z inicjatywy Tomasza Rzymkowskiego (Kukiz’15) i ma przygotowywać bilans zysków i strat obecności Polski w Unii Europejskiej. Załóżmy, że członkowie zespołu dojdą do wniosku, że ten mariaż z Unią zupełnie nam się nie opłaca. I najlepiej będzie to szemrane towarzystwo, które wtrąca się w nasze sprawy opuścić,

    Co odpowiedzą na to chłopi, zwłaszcza ci, którzy w ostatnich wyborach poparli Prawo i Sprawiedliwość? Wyjście z Unii oznaczać będzie dla nich utratę dopłat bezpośrednich, które w wielu rodzinach rolniczych stanowią większe wsparcie niż emerytura babci. Z moich lat wczesnoszkolnych pamiętam socrealistyczną powieść-gniot, zwaną także produkcyjniakiem, „Traktory zdobędą wiosnę”. Obawiam się obecnie, że nie trzeba będzie propagandowego zadęcia, by stwierdzić, że traktory zdobędą Warszawę, gdy rolnicy ruszą na swoich maszynach pod Sejm i Kancelarię Prezesa Rady Ministrów.

    Do czego to wszystko ma prowadzić? W kraju, w którym jedni mają prawo w miejscu poniżej pleców, a drudzy, walczący o jego przestrzeganie, nazywani są komunistami i złodziejami, nie da się prowadzić normalnych interesów. Na razie polska gospodarka wydaje się stabilna. Inwestorzy nie patrzą jednak tylko na bieżącą sytuację. Interesuje ich także przyszłość. Analitycy z niepokojem czekają na orzeczenia agencji ratingowych, które stwierdzą, czy Polska jest terenem do robienia bezpiecznych interesów. Do obaw, że werdykt będzie dla naszego kraju niekorzystny przyczynia się fakt, że złoty traci od pewnego czasu na wartości. A to oznacza, że więcej będziemy płacić za obsługę długu finansów publicznych, a ludzie, którzy zadłużyli się w obcych walutach, będą rwali z głowy resztki włosów. Gdy puszczą nerwy, wszystko się zdarzyć może.

    Moją najmłodszą wnuczkę odbierałem przez pewien czas ze szkoły i prowadziłem do domu. Opowiadała mi wówczas o swoich strasznych koleżankach. Zwróciłem jej więc uwagę, choć jestem ateistą, że zgodnie z chrześcijańskim miłosierdziem powinna je traktować z miłością i wyrozumieniem. Zapytałem też, czy nie mówią im o tym na lekcjach religii. Odpowiedziała, że oni jeszcze tego nie przerabiali. Czym się więc zajmują katecheci? Na pierwszej lekcji religii powinni przecież mówić o miłości bliźniego, a na każdej następnej to powtarzać.

    Gdyby ze szkolnych katedr i kościelnych ambon podało więcej słów w duchu chrześcijańskim, to może w składzie następnych parlamentów więcej ludzi byłoby zajętych rozwiązywaniem naszych problemów niż zwalczaniem domniemanych lub rzeczywistych przeciwników.

    Czesław Rychlewski

    Dodaj komentarz

    Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

    Artykuły powiązane

  • Subskrybuj Nasz Biuletyn

  • Kategorie

  • Subskrybuj Nasz Biuletyn

  • Polecane