• Menu

    Rok szkolny z zawirowaniami dla samorządowych kas

    Gruppe Kinder sitzt bei Puppentheater im Kindergarten vor einem Spielhaus

    Gr

    Przez ostatnich parę lat centralni włodarze w kwestii wieku uczniów rozpoczynających swoją edukacją namieszali tak bardzo, że tylko chora wyobraźnia mogła to wcześniej wymyślić. Unormowanie sytuacji może trochę zająć. Najlepiej wiedzą o tym samorządowi skarbnicy, którzy tworząc budżety swoich miast i gmin mają pod tym względem twardy orzech do zgryzienia.

    O tym, że zeszłoroczne wybory parlamentarne diametralnie zmienią sytuację na polskiej scenie politycznej, a co za tym idzie będą wprowadzane w życie głoszone w kampanii postulaty – można było domyślać się już o wiele wcześniej. Propozycja dotycząca 6-latków, by to ich rodzice decydowali, czy dzieci pójdą do przedszkola, czy zasiądą w szkolnych ławkach, po pierwsze wpisywała się w inicjatywę sporej liczby samych rodziców (zebrali milion podpisów pod referendum, w którym Polacy mieli się wypowiedzieć w tej sprawie), a po drugie stała w kontrze z kierunkiem obranym przez ówczesną władzę, która postawiła na swoim i obligatoryjnie posłała do szkół wszystkie 6-latki (najpierw pół rocznika, potem cały).

    Analizując tę sytuację, nie wolno pomijać polityki przyjętej względem miejsc w przedszkolach dla 3- i 4-latków. Wcześniej ustawodawca wprowadził zmiany nakazujące wszystkim gminom w Polsce przyjmowanie do przedszkoli każdego 4-latka. Z kolei „wypchnięcie” do szkół 6-latków w naturalny sposób zwolniło miejsce dla 3-latków. I faktycznie rodzice tych ostatnich pierwszy raz od lat nie musieli zapisywać swoich pociech „dla bezpieczeństwa” w 3-4 placówkach, żeby się gdzieś załapać. Powtórka z rozrywki

    Trzeba na tę sytuację spojrzeć również od strony stricte gospodarczej. Budynki zajmowane przez przedszkola i szkoły nie są z gumy i nie można ich do woli formować. Zresztą już wcześniej, przed zamieszaniem z 6-latkami, pełno było doniesień o coraz bardziej pustych gimnazjach czy liceach. Gminy, jako organ prowadzący, najczęściej w takich przypadkach dokonywały połączeń szkół, a zwalniane budynki z takim czy innym powodzeniem starały się wynajmować lub sprzedawać.

    I jeszcze jeden element tej skomplikowanej układanki. Otóż jest spora liczba takich rodziców, którzy po wysłaniu swojego dziecka do pierwszej klasy we wrześniu ubiegłego roku, teraz zdecydowało się na to, by… powtarzało klasę. Ministerstwo Edukacji Narodowej szacuje, że chodzi o 10–15 proc. dzieci. Na podobnym zresztą poziomie MEN określa liczbę tych, którzy – już teraz bez przymusu, z własnej woli – zdecydowali się ubrać pierwszy raz w żakowskie mundurki swoje 6-letnie maluchy.

    Zapobiegliwi samorządowcy

    Klas pierwszych w szkołach podstawowych jest znacznie mniej niż jeszcze 2-3 lata temu. Tym samym zwiększyła się liczba przedszkolaków. Nurt prawnych reguł gwałtownie zawrócił. Nie dziwi więc, że samorządowcy, którzy jednak ze sporym wysiłkiem dostosowywali się do nowej edukacyjnej rzeczywistości, na zapowiedź kolejnej rewolucji zaczęli głośno zgrzytać zębami. Przyzwyczajeni zaś, że centrala na owe odgłosy jest co najmniej niewzruszona, zaczęli kombinować sami. Postawili w pierwszej kolejności na zachętę rodziców, by ci jednak swoje sześcioletnie dzieci wysłali do szkół i w ten sposób zapobiegli zatorowi w przedszkolach.

    Sam mam malucha 3-letniego, więc dylemat dotyczący 6-latków jeszcze przede mną. Ale jestem przekonany, że generalnie warto puścić 6-latka do szkoły – w oficjalnych wystąpieniach pokazywał siebie jako rodzica prezydent Opola Arkadiusz Wiśniewski, który innych postanawiał nakłaniać do tego samego zdania jednorazową wyprawką w wysokości 1000 zł.

    Rybnik aż tak szczodry nie był. Zaproponował wyprawkę w wysokości 200 zł. 500 zł daje Sosnowiec. A w Piekarach Śląskich zdecydowano się na asortyment szkolny (tablet, plecak). Z kolei w Krakowie oprócz samej akcji zachęcającej rodziców do takiej, a nie innej decyzji umocowano dodatkowo prezydenta (w drodze uchwały Rady Miasta), by zintensyfikować działania mające na celu tworzenie w stolicy Małopolski pierwszych klas jednorodnych pod względem wiekowym. Psychologowie i pedagodzy od pewnego czasu zwracają bowiem uwagę, że przez ciągłe przekładanie edukacyjnych puzzli przez polityków dochodzi do sytuacji, kiedy między uczniami jednej klasy różnica wiekowa sięga… 2 lat.

    Owe zabiegi i prezenty raczej na nic się nie zdały. Ok. 80 proc. sześciolatków, które mogły (ale nie musiały) zasiąść w szkolnych ławach zasiliło zerówki. Dziwnym trafem przedszkola też nie potrafią się nagle rozbudować i w efekcie w wielu miastach były problemy z zapisaniem do nich 3- i 4-latków. Np. w Przemyślu jeszcze w zeszłym roku szkolnym było 5 klas, do których w sumie uczęszczało 101 najmłodszych uczniów. Teraz jest jeden oddział z 22 dziećmi.

    – Sytuacja jest nieciekawa – komentuje Elżbieta Tarnawska, naczelnik wydziału edukacji w przemyskim magistracie. W Tarnobrzegu rodzice tylko 7 dzieci zdecydowali się na rozpoczęcie edukacji szkolnej dla swoich pociech, w Stalowej Woli – 6, ok. 200 dzieci mniej poszło do podstawówek w Szczytnie. Im większe miasto, tym większa różnica. Np. w Katowicach w przedszkolach zostało blisko 2400 sześciolatków.

    Co na to MEN i ZNP?

    Ministerstwo Edukacji Narodowej absolutnie nie ma sobie nic do zarzucenia. – Zrealizowaliśmy postulat ok. 2 mln rodziców – powtarza w kółko Anna Zalewska, szefowa resortu.

    O tym, jakie są skutki owej realizacji – pani minister już milczy. A to nie tylko pękające w szwach i zamykające drzwi dla najmłodszych przedszkola czy problemy budżetowe polskich samorządów. Efekty zawirowań odczuwają też (a może przede wszystkim) nauczyciele, którzy po prostu tracą pracę. Jeszcze przed wakacjami Sławomir Broniarz, prezes Związku Nauczycielstwa Polskiego, na przykładzie Szczecina, snuł ponurą wizje. – W tym mieście wycofanie z poprzedniej reformy (obligatoryjnie wysyłającej 6-latki do szkół – przyp. red.) oznacza mniejszą o 8 mln zł subwencję oświatową oraz 125 nauczycieli i 30 pracowników administracji do zwolnienia – wyliczał.

    Czy można dzisiaj stwierdzić, że były to obawy na wyrost? Nie do końca. Być może skala jest mniejsza, ale widoczna gołym okiem jak Polska długa i szeroka. Na przykład w Świdnicy (gdzie zamiast 29 pierwszych klas jest tylko 12) zwolniono kilku nauczycieli. W całym województwie śląskim to ok. 200 osób, co – trzeba uczciwie przyznać – jest znacznie mniejszą liczbą niż ta zakładana wcześniej. W całej Polsce, wedle szacunków Związku Nauczycielstwa Polskiego, pracę straciło ok. 7 tys. pedagogów.

    – Trzeba pamiętać, że statystyki nie obejmują nauczycieli, którzy poszli na przymusowe emerytury, a tych może być drugie tyle! Do tego dochodzą urlopy dla poratowania zdrowia oraz zwolnienia najmłodszych, którzy mieli umowy na czas określony. Tych ostatnich może być 23 tys. – dolicza Sławomir Broniarz.

    Koszty, koszty, koszty…

    Mniej uczniów w szkołach podstawowych przysparza kłopotów finansowych państwowym instytucjom. To wszak czynnik determinujący wysokość centralnych subwencji oświatowych, które dla polskich samorządów są zdecydowanie główną częścią edukacyjnych budżetów. Warto przypomnieć, że jeszcze rząd Platformy Obywatelskiej, zakładając, że wszystkie 6-latki będą w szkolnych ławach, planował zwiększenie owej subwencji o 1,2 mld zł. ZNP i przedstawiciele Jednostek Samorządu Terytorialnego ostrzegają, że ta na 2017 rok będzie dokładnie z tych samych powodów mniejsza o ok. 1,3 mld zł. MEN zapowiada wprowadzenie takich rozwiązań, które będą receptą na ten kłopot. Ale szczegółów nie podaje.

    Jeżeli reprezentanci gmin i miast mają rację, to bezsprzecznie wpłynie to na ich finanse. W tym miejscu zaś nisko w pas kłaniają się… fundusze europejskie. Ich obligatoryjnym fundamentem są wszak tzw. wkłady własne. Muszą być zagwarantowane w poszczególnych uchwałach budżetowych, by móc w ogóle starać się o pieniądze z Brukseli. W wielu jednak przypadkach zamiast przygotowywać się w ten sposób do przeróżnych inwestycji, trzeba będzie łatać dziury po mniejszej subwencji. Kółko się zamyka.

    Gdzie dwóch się bije, tam… trzeci traci

    Najłatwiej to wszystko wprowadzić pod mianownik politycznej walki dwóch obozów. Jeden okupuje centrum, a drugie samorząd. I być może to jest prawda. Przykładów dziedzin, w których sukcesywnie zmniejszana jest rola samorządów na rzecz Warszawy nie brakuje. Chociażby sukcesywne przejmowanie kompetencji marszałków województw przez samych wojewodów, czyli terytorialnych przedstawicieli rządu (np. w przypadku proponowanych rozwiązań w nowej ustawie dotyczącej systemu zdrowotnego, gdzie to właśnie wojewoda ma decydować o funduszach europejskich i nie tylko).

    Jak zwykle, kiedy popatrzymy na problem z perspektywy wojny dwóch stron, umykają naszym oczom „ofiary”. Wśród nich w rzędzie stoją rodzice, samorządowcy, nauczyciele i… dzieci. Zwaśnione strony są za bardzo zajęte samą kłótnią i sobą nawzajem. Oddolny bałagan wydaje się ich najmniej interesować. A szkoda. Przecież właśnie tutaj – w organizacji wczesnej edukacji w szkołach podstawowych – budowany winien być fundament całego systemu, rozrastającego się na boki wraz z metryką pojedynczego ucznia.

    Tymczasem trudno dzisiaj mówić o jakiejkolwiek wspólnej płaszczyźnie. A im dalej, tym gorzej. Nie do końca przecież wiadomo, co z gimnazjami. Sygnały z ministerstwa są co najmniej dwuznaczne. Podobnie zresztą jest ze szkolnictwem średnim, w tym z powrotem do nauczania zawodowego. Pozostaje chyba tylko mieć nadzieję, że bałagan nie będzie trwał wiecznie i faktycznie, w ciągu najbliższych lat, wszystko jakoś się ustabilizuje. To może pociecha dla rodziców i ich dzieci. Ale z pewnością nie dla samorządowców, którzy w większości żyją w cyklu czteroletniej kadencji. Ich cel to przedłużanie swoich rządów. Kłopoty finansowe, jakie przynoszą im edukacyjne zawirowania może w wielu przypadkach okazać się przeszkodą nie do pokonania. Lokalnego wyborcy spychanie odpowiedzialności na władzę centralną (nawet mające uzasadnienie w rzeczywistości) raczej nie przekona. Oni w końcu chcą mieć pewność, w jakim wieku posłać pociechę do szkoły, ile podstawówka będzie trwała i jaką formę organizacyjną będą miały licea, technika oraz zawodówki. Dzisiaj nikt ich wątpliwości nie rozwieje.

    Michał Tabaka

     

    Dodaj komentarz

    Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

    Artykuły powiązane

  • Subskrybuj Nasz Biuletyn

  • Kategorie

  • Subskrybuj Nasz Biuletyn

  • Polecane