• Menu

    Samorząd – reaktywacja zmian

    Prezes partii rządzącej, Jarosław Kaczyński zapowiedział głębokie modyfikacje ordynacji wyborczej, co – jak przekonuje – ma uratować polski samorząd, który jest „przepełniony patologią”

    Wrzucona mina – pt. „samorząd – zadziałała – spowodowała lawinę komentarzy. Dominujące są te nie krytykujące same zmiany, ale czasowy zakres ich działania. Ostatecznie ma wypowiedzieć się Trybunał Konstytucyjny. Początkowo przekaz był jasny: w wyborach samorządowych, podobnie jak w wielu innych dziedzinach życia, bywa sporo nieprawidłowości, które teraz czas zmienić. Nikt też nie miał wątpliwości, że by to efektywnie uczynić, najlepszym instrumentem jest modyfikacja ordynacji wyborczej.

    Czy na pewno?

    Pierwszy ten temat w połowie stycznia br. podniósł prezes Pis Jarosław Kaczyński. Nie chciał przy tej okazji pozostawiać jakichś niedomówień, więc podał konkretne przykłady planowanych zmian. To przede wszystkim: przezroczyste urny, kamery zamontowane w każdym lokalu wyborczym, liczenie głosów przez wszystkich członków komisji i przechowywanie kart do głosowania przez kilka lat.

    – Są to zmiany bardzo oczekiwane przez społeczeństwo. Będą to zasady, które zabezpieczą wybory przed jakimiś nadużyciami. Przypuszczenie, że te nadużycia miały miejsce ma bardzo mocne podstawy w różnych faktach i analizach statystycznych. Musimy ten obecny bardzo ułomny stan ordynacji wyborczej i całej organizacji wyborów zmienić – zapowiadał szef PiS na antenie jednego z regionalnych ośrodków TVP.

    Poza komentarzami opozycji, wpisującymi się i trochę też kreującymi wojnę polsko-polską, krytykującymi każde poczynania PiS, w tym owe zmiany w ordynacji wyborczej, trudno było znaleźć nieprzychylne i jednocześnie merytoryczne odniesienie do tych modyfikacji. Wszystko zmieniło się, kiedy pojawiła się jeszcze jedna propozycja: ograniczenie kadencyjności osób zatrudnionych w administracji samorządowej na jednoosobowych stanowiskach. Wiadomo od początku, że głównie chodzi o prezydentów, burmistrzów i wójtów.

    Wraca jak bumerang

    Temat nie jest nowy. Pojawiał się wcześniej i rósł w siłę równolegle z „antyestablishmentowymi” hasłami. Najpierw po drodze tym, którzy chcieliby cały system, w tym właśnie kadencyjność w samorządach, przewrócić do góry nogami – było z Palikotem. Ten proponował kadencyjność rozszerzyć maksymalnie jak się da i żeby dotyczyła także samych parlamentarzystów. Teraz bliżej im do Kukiza. Wsłuchując się w pojawiające się tutaj argumenty, od lat można dowiedzieć się, że kadencyjność byłaby skuteczną receptą na kształtujące się jak Wisła długa i szeroka lokalne „układziki”. Że to byłby ten cios, po którym układane nawet przez kilkanaście lat piramidy wzajemnych zależności przez miejscowych kacyków ległyby wreszcie w gruzach.

    Co ciekawe: zwolennicy określania od góry, ile kto może być prezydentem miasta czy wójtem są raczej na Starym Kontynencie odosobnieni. Na wszystkich bowiem członków Wspólnoty kadencyjność w administracji samorządowej praktykują u siebie ledwo dwa: we Włoszech to maksymalnie dwie kadencje po 5 lat (w sumie 10 lat), a w Portugalii z kolei dwie kadencje po 4 lata (8 lat). W 2014 r. na zmiany w ordynacji zdecydowali się Madziarzy. Na Węgrzech poszli jednak w odwrotnym kierunku, nie wprowadzając kadencyjności, a wydłużając rządy samorządowców z 4 do 5 lat. Wszędzie indziej walczący o lokalny sukces wyborczy mogą to robić bez przerwy, nie martwiąc się o jakiekolwiek ograniczenia czasowe.

    O dziwo, w Polsce pomysł oryginalny jednak na tle całej Unii – spotkał się z wyważonym zrozumieniem. – Naród wybrał parlament, rząd, większością głosów, to dajmy im podejmować decyzje i rządzić – twierdzi na łamach serwisu portalsamorzadowy.pl Janusz Kotowski, który urząd prezydenta Ostrołęki piastuje od 2006 r.

    – Nie jestem przeciw ograniczeniu kadencyjności, ale uważam, że w takim przypadku niezbędne jest przedłużenie jednej kadencji prezydentów, burmistrzów i wójtów do pięciu lat. Wiem z własnego doświadczenia, że żeby dobrze zrealizować własny plan, potrzeba około dziesięciu lat – dodaje z kolei Tadeusz Truskolaski, od ponad 10 lat prezydent Białegostoku.

    W podobnym tonie wypowiada się  Mariusz Chrzanowski, który ostatnie wybory samorządowe w 2014 r. zakończył w Łomży z tarczą.

    – Popieram ten projekt Prawa i Sprawiedliwości i jestem za tym, żeby jedną kadencję przedłużyć do pięciu lat. To by był okres optymalny, bo ja już dziś w połowie obecnej kadencji widzę, że niektóre inwestycje, które obiecałem mieszkańcom Łomży w kampanii, będę mógł skończyć dopiero w roku 2019. Dwukadencyjność jest potrzebna też dlatego, że w samorządach potrzeba „świeżej krwi”; sam jestem młodym człowiekiem i wiem, że bardzo ważne jest dla rozwoju społeczności lokalnej nowe spojrzenie na sprawy – przekonuje.

    Co sądzi suweren?

    W 2014 r. aż 66 proc. respondentów przepytanych przez PBS opowiedziało się za wprowadzeniem kadencyjności. Z drugiej jednak strony w minionej kadencji samorządowej (2010–2014) w sumie w całym kraju przeprowadzono 113 referendów odwoławczych, które tylko w 16 przypadkach okazały się skuteczne.

    Obiektywnie oceniając, krytycznych uwag do propozycji prezesa PiS (głownie do kadencyjności) było znacznie więcej. Wszyscy powtarzają w kółko ten sam argument: to krok do upolitycznienia samorządu, który radzi sobie coraz lepiej. Można potwierdzić to chociażby danymi z budżetów partycypacyjnych realizowanych w kraju nad Wisłą. Ich beneficjenci mają z roku na rok coraz większą świadomość o faktycznym decydowaniu o części budżetowych środków.

    – Ten projekt to absurd. To temat czysto populistyczny i typowo partyjny – nie ma wątpliwości Mirosław Lech, który już od blisko 26 lat jest wójtem gminy Korycin w województwie białostockim. – Psujemy w ten sposób znakomity mechanizm, który świetnie funkcjonuje od dwudziestu sześciu lat, zamiast poprawiać to, co rzeczywiście tego wymaga. A szkoda. To jest fundament Rzeczypospolitej. Ale zdaję sobie sprawę z tego, że łatwiej zepsuć niż naprawić i budować – dodaje.

    Co na to samorządowcy?

    Suchej nitki na planowanych zmianach nie zostawił Związek Miast Polskich. W ich oświadczeniu czytamy: „Wprowadzenie takiej zmiany w wyborach samorządowych oznacza pozbawienie konkretnych osób gwarantowanego w art. 169 Konstytucji RP biernego prawa wyborczego, a także odebranie obywatelom prawa demokratycznej oceny wcześniej wybranego wójta, burmistrza albo prezydenta, to znaczy ograniczenie zakresu ich czynnego prawa wyborczego, wynikającego z art. 62 Konstytucji”. Przedstawiciele ZMP podkreślają, że takie modyfikacje przepisów mogą powodować poważny problem logistyczny i po prostu… abraknie kandydatów. Obecnie bowiem ok. 1,5 tysiąca samorządowców sprawuje swoją władzę drugą już kadencję.

    W podobnym tonie swój list na ręce premier Beaty Szydło skonstruowali samorządowcy z Ruchu Obrony Polskiej Samorządności. Ci w zapowiedziach PiS widzą tylko i wyłącznie kombinowanie, jak tu przejąć naprawdę pełnię władzy w kraju. „Nie honor wygrać, stosując nieuczciwe chwyty. Sztuką jest przekonanie do siebie wyborców w uczciwej rywalizacji” – kończy swój list w imieniu ROPS Adam Struzik, przewodniczący Ruchu. Samorządowcy wytykają także to, że wprowadza się tym samym zasadę zbiorowej odpowiedzialności. – Istnieją w Polsce gminy, w których niewiele się dzieje, gdzie tworzą się niezdrowe powiązania. Ustawowe ograniczenie liczby kadencji mogłoby w takich miejscach wymusić korzystne zmiany. W moim przekonaniu nie jest to jednak dostateczne usprawiedliwienie, ponieważ strat byłoby znacznie więcej niż korzyści – uważa Zygmunt Frankiewicz, prezydent Gliwic, piastujący swoje stanowisko od prawie ćwierćwiecza.

    – Gdyby wprowadzić pomysły PiS, to na Pomorzu na 123 samorządowców 86 nie mogłoby ponownie kandydować w 2018 r. 70 procent! To byłaby niebywała czystka polityczna! O tym, kto zostanie wybrany na prezydenta, powinni decydować wyborcy, suweren, a nie Jarosław Kaczyński – grzmi z kolei prezydent Gdańska Paweł Adamowicz i wraz z innymi samorządowcami z Pomorza zapowiada manifestacje w Warszawie, a może nawet utworzenie KOS-u, czyli Komitetu Obrony Samorządu.

     Start od tej kadencji

    Jeszcze więcej kontrowersji i głosów sprzeciwu (nawet wśród tych, którzy za wprowadzeniem ograniczenia kadencji w samorządzie są, jak na przykład .Nowoczesna) do samej zasady wywołała sugestia prezesa Kaczyńskiego dotycząca granic czasowych, o jakie miałyby się nowe przepisy oprzeć. Szef PiS wprost zastanawia się nad wprowadzeniem dwukadencyjności już teraz, włączając trwającą właśnie kadencję (ma potrwać do jesieni 2018 r., na kiedy zaplanowano kolejne wybory). Czyli ci prezydenci, wójtowie i burmistrzowie, którzy piastują swoje stanowiska już co najmniej drugi raz z rzędu nie mieliby prawa wystartować na te urzędy w następnych wyborach. Zdaniem wielu przeciwników zmian w ordynacji o to Kaczyńskiemu ma głównie chodzić: jednym przepisem zablokować wielu politycznych przeciwników, otwierając tym samym szeroko drzwi dla swoich lokalnych i regionalnych popleczników.

    Padają jednak zdecydowanie mocniejsze zarzuty. Ich wspólnym mianownikiem jest brak zgody na działalnie prawa wstecz. Wytykają wszyscy, nawet członek rządu Jarosław Gowin. – PiS chce zadziałać niezgodnie z prawem, prawo ma działać wstecz, nie będzie opcji zerowej typu: liczymy od 2018 roku. To mi się na pewno nie podoba – komentuje Tomasz Słupik, politolog z Uniwersytetu Śląskiego.

    – Każdy, kto na nas zagłosował, doceniał pracę, którą wykonujemy, wypełnienie obietnic, które składaliśmy, a przecież najlepszą weryfikacją oceny naszej pracy były i są wybory. Zatem obalanie istniejącego systemu jest przede wszystkim nieuczciwe, a zapowiadane zmiany niezgodne z Konstytucją RP – przekonuje Rafał Bruski, prezydent Bydgoszczy.

    Wprowadzenie limitu z mocą wsteczną, co wyeliminowałoby ze startu w wyborach wójtów, którzy dwukadencyjny staż już posiadają, byłoby sprzeczne z konstytucją. Trybunał Konstytucyjny wielokrotnie wyrażał swoje stanowisko i jednoznacznie przesądził, że wszelkie zmiany w prawie wyborczym mogą obowiązywać jedynie na przyszłość. Tym samym pierwszą kadencją z limitu mogłaby się stać dopiero ta rozpoczęta po wyborach przeprowadzonych w 2018 r.” – czytamy w opinii Stanisława Bułajewskiego, konstytucjonalisty z Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego Olsztynie, przygotowanej specjalnie dla „Rzeczpospolitej”.

    Opozycja na same ograniczenie kadencyjności zareagowała umiarkowanie, bo też nie mogła inaczej. Partie, przynajmniej w kampanii wyborczej, kiedy kiełbasa musi być najsmaczniejsza, już to proponowały. Nie tylko ugrupowanie Petru, Platforma miała to zapisane w programie prezentowanym w 2014 r. I tak naprawdę, gdyby nie „wrzutka” prezesa PiS o obowiązywaniu zmian już od obecnej kadencji trudno polemizowałoby się z tymi propozycjami. Sugerowanie działania prawa wstecz otworzyło puszkę Pandory.

    Przeciwnicy Prawa i Sprawiedliwości w telewizji, radio, gazetach i Internecie zaczęli powtarzać, że chcąc tak głęboko zmieniać naszą rzeczywistość, przy okazji łamać ład prawny i konstytucyjny, trzeba wcześniej zapytać o zdanie samego suwerena. Z taką inicjatywą wyszli m.in. prezydenci Łodzi i Szczecina.

    Punkt widzenia a siedzenia

    Jak do tej pory ze świeczką można było szukać dowodów na to, że PiS lubi, docenia i szanuje instrumenty demokracji bezpośredniej, jak referendum właśnie. Było jak najbardziej dobrze, kiedy to PO migała się jak mogła, żeby nie zapytać o zdanie rodziców 6-latków na siłę wypychanych do szkolnych ławek. Wtedy PiS grzmiał, że niepytanie się o zdanie w tej sprawie obywateli to grzech śmiertelny. Dzisiaj sam grzeszy.

    Nie pierwszy raz politycy różnej maści udowadniają, że punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. W sprawie ograniczenia kadencji w samorządzie – sprawie równie ważnej i fundamentalnej jak wiek pierwszych żaków – pytanie się o zdanie Polaków już takie ważne nie jest. – Z wielu prowadzonych sondaży wynika, że Polacy chcą dwukadencyjności i nie widzę potrzeby ani możliwości organizowania referendum – mówi wprost Arkadiusz Mularczyk z Pis. I tym krótkim, aczkolwiek konkretnym zdaniem, wyraża opinie zdecydowanej większości swoich partyjnych koleżanek i kolegów.

    Sprawa zmian w ordynacji wyborczej wydaje się przesądzona. (chyba że Trybunał Konstytucyjny nie poprze działania prawa wstecz). I pewnie ograniczenie kadencji też wejdzie w życie. Nawet, jak powstanie kolejny Komitet…

    Michał Tabaka

     

     

     

    Udostępnij w sieci ....
    Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on LinkedInPin on PinterestShare on Google+Share on VKShare on Tumblr

    Jedna odpowiedź do “Samorząd – reaktywacja zmian”

    1. Karolina WaWa napisał(a):

      Super tekst
      Tak trzymać

    Dodaj komentarz

    Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *