• Menu

    Rychlewski: Folwark medyczny [felieton]

    Na wstępie muszę zastrzec, że na podstawie moich i innych osób doświadczeń miałem dosyć dobrą opinię o naszej służbie zdrowia… Miałem, więc nie mam…

    Należę do pokolenia, które dobrze pamięta straszliwą mizerię, panującą w przychodniach i szpitalach w czasach PRL. Mnóstwo pacjentów leżało na korytarzach. Higiena pozostawiała wiele do życzenia. Brakowało leków i innych preparatów medycznych, nie mówiąc już o nowoczesnych aparatach diagnostycznych. Personel też się zbytnio do swoich obowiązków nie przykładał.

    Sam na szczęście ciężko wówczas nie chorowałem, ale miałem wiele okazji widzieć to wszystko z bliska. Gdy teściowa ciężko zachorowała, wymogłem na dyrekcji szpitala, żeby mi wydano stałą przepustkę (szpital nie był dostępny, tak jak dzisiaj). Jako nauczyciel miałem codziennie kilka godzin wolnego i szedłem wspomóc mamę mojej żony, która wbrew powszechnej opinii o teściowych była kobietą miłą, zgodną i pomocną. Przy okazji wspierałem innych pacjentów, na co nie mogły się zdobyć pielęgniarki i salowe. Poprawiałem im posłania, podawałem napoje, krzepiłem dobrym słowem. Gdy wchodziłem na oddział, witano mnie z radością, jak dzisiaj księdza.

    Inne ciężkie doświadczenie związane ze służbą zdrowia miałem, gdy teść zachorował na wątrobę. Lekarz orzekł, że pomocny w tej sytuacji może być zagraniczny preparat, który można sprowadzić za urzędowym przyzwoleniem. Nie należałem do ludzi wpływowych i nie miałem nadziei, że to się uda. Poza tym czas naglił. Uruchomiliśmy więc wielu znajomych, którzy mieli krewnych za zachodnią granicą. Preparat został dostarczony w ostatniej chwili i to w takiej ilości, że przydał się także innym chorym.

    Tak było i żadne mity tego nie zmienią. Podejmowane obecnie próby centralizacji służby zdrowia doprowadzą do tego samego. A jak jest teraz? Na pewno niezadowalająco. Na pierwszy rzut oka widać jednak, że standard placówek ochrony zdrowia poprawił się niebywale. W niektórych można by kręcić seriale amerykańskie o tematyce medycznej.

    Są oczywiście problemy z kolejkami do specjalistów i oczekiwaniem na zabiegi, ale jak już się dostaniemy do szpitala, najczęściej mamy do dyspozycji najnowocześniejszy sprzęt, który pozwala wykryć te nasze defekty, których lekarz sprzed dwudziestu lat w ogóle by nie zauważył.

    Co jednak nie zmieniło się prawie w ogóle? Organizacja i styl pracy. Uległem niedawno wypadkowi. Trafiłem do szpitala. Podczas porannych ceremonialnych obchodów próbowałem dowiedzieć się, co się ze mną dzieje i co będzie dalej. Żadnej odpowiedzi nie uzyskałem. Najbardziej denerwująca była jednak postawa pielęgniarek. Na wezwanie albo nie przychodziły w ogóle, albo z dużym opóźnieniem i pretensjami. Na pozamedyczną pomoc można było liczyć tylko ze strony salowych czy sanitariuszek. Jedna z nich powiedziała mi, że pielęgniarki walczą o podwyżki, a nie zasługują nawet na to, co otrzymują obecnie.

    Jednej z nich, która regularnie na mnie pokrzykiwała, powiedziałem, że bardziej nadaje się na kaprala w wojsku niż na siostrę miłosierdzia. Oburzyła się. Ale, co ciekawe, nie na porównanie z kapralem, tylko za użycie określenia „siostra”. Nie wiem, czy to jakaś feministyczna fanaberia, ale widać wyraźnie, że pielęgniarki nie chcą już być „siostrami”. A ta nazwa ma piękny rodowód. Wywodzi się z odległych czasów, gdy opieką nad chorymi i rannymi zajmowały się przede wszystkim siostry zakonne. Później zaczęto tak nazywać wszystkie pielęgniarki. Co w tym złego? Innej pielęgniarce powiedziałem, że powinna się postarać o etat księżniczki. Ta akurat nie protestowała.

    Przyglądając się życiu wewnętrznemu oddziału, przypomniałem sobie dyskusję, jaka przetoczyła się przez polskie media. Dotyczyła ona kultury folwarcznej, z której jako społeczeństwo nie możemy się wyzwolić od wieków. W Polsce zorganizowani jesteśmy w grupy, a całość mało kogo obchodzi. Na czele folwarku stoi decydent. Otaczają go usłużni i posłuszni. Reszta to plebs, który nie ma prawa marudzić. Tak to wyglądało w szpitalu, gdzie musiałem wytrzymać kilka tygodni.

    Taka struktura jest dla społeczeństwa kulą u nogi. Hamuje przedsięwzięcia, mogące przynieść ogólną korzyść. W tym przypadku pożytek dla całej służby zdrowia. Grupy interesów, kierujące się własnymi regułami i strukturą szybko ze swoich pozycji nie zrezygnują.

    Słowo „pacjent” wymawia się po angielsku „patient”, co oznacza „cierpliwy”. Próbujemy się do tego dostosowywać. Na ile jednak nam tej cierpliwości wystarczy?

    Czesław Rychlewski

    Udostępnij w sieci ....
    Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on LinkedInPin on PinterestShare on Google+Share on VKShare on Tumblr

    Dodaj komentarz

    Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *