• Menu

    Rady pracowników – wskrzeszać czy pogrzebać?

    „Rady pracowników są elementem społeczeństwa obywatelskiego i wydaje mi się, że są one elementem bardzo znaczącym“ – to słowa nieżyjącego senatora Zbigniewa Romaszewskiego, wypowiedziane przy okazji przygotowywania ustawy o informowaniu pracowników i przeprowadzaniu z nimi konsultacji, podpisanej w 2006 r. Po jej wejściu w życie, udało się założyć około 3 tys. rad pracowników. Dziś jest ich zaledwie nieco powyżej 500. Jak funkcjonują?

    Wyniki kontroli PIP, przeprowadzonej w ostatnich latach w niemal stu przedsiębiorstwach, nie pozostawiają wątpliwości. Rady działają źle. Liczne nieprawidłowości stwierdzono w około połowie skontrolowanych przedsiębiorstw, a wnioski z wizyt inspektorów można podsumować tak: pracodawcy nie znają ustawy i nie rozumieją celu istnienia rad, zaś pracownicy nie są skorzy angażować się w ich powstawanie i funkcjonowanie. Czy jest więc jeszcze sens je ratować?

    Rafał Górski - prezes Instytutu Spraw Obywatelskich

    Rafał Górski – prezes Instytutu Spraw Obywatelskich

    Rafał Górski – prezes Instytutu Spraw Obywatelskich, od lat jedynej w Polsce organizacji społecznej, zajmującej się wspieraniem rad pracowników:

    Tak. W Polsce brakuje instytucji, które wzmacniałyby państwo. A państwo to obywatele, również pracownicy. Rada pracowników jest instytucją społeczną opartą na dialogu. Gdyby dobrze funkcjonowało prawodawstwo, mogłaby ona być zaczynem do budowania tego, czego brakuje dzisiaj w Polsce, czyli z jednej strony kapitału społecznego, umiejętności pracy zespołowej, wzajemnego zaufania; z drugiej zaś silnej gospodarki, traktującej przedsiębiorstwo jako dobro wspólne pracowników, pracodawców i otoczenia, a nie wyłącznie jako maszynkę do produkcji zysku dla wybranej grupki osób. Rada ma więc działać na rzecz wspólnego interesu, a nie tylko pracowników.

    W tej chwili rady mogą się bowiem kojarzyć właśnie z dbaniem wyłącznie o sprawy tych ostatnich. To jest jednak zadanie dla związku zawodowego. Nam nie chodzi zaś o to, by rada stała się drugim związkiem, ale raczej organem doradczym, wspierającym całe przedsiębiorstwo. Niestety, tu z kolei liberałowie obawiają się, że takie rady byłyby konkurencją dla zarządu. Tymczasem one mogą być źródłem innowacji, zarówno na poziomie technologicznym, jak i społecznym.

    Przykładem może być tu historia zasłyszana na jednym z naszych szkoleń od pracownika dużej, międzynarodowej firmy, mającej oddziały w Polsce. Zgłosił on zarządowi poprawki do systemu obsługi klienta. Zostały one uznane za słuszne i zastosowane we wszystkich polskich oddziałach firmy. Smutny był jednak finał tej sytuacji. Ogłoszono bowiem, że poprawa jakości obsługi klienta była zasługą zarządu, nie rady pracowników, której członkiem był ten pracownik.

    I tego typu sytuacje, jak pokazuje nasze doświadczenie, są nagminne. Rady mają różnego rodzaju pomysły, są źródłem innowacji, natomiast splendor przejmują kierownicy lub zarządy. Walczymy z tym, bo to przykład, jak się nie powinno budować silnej gospodarki. Niestety, w kiepsko zarządzanych firmach – takie mam doświadczenie po kilkunastu latach pracy w tym obszarze – zarządy robią wszystko, żeby właśnie w ten sposób osłabić więź między radami pracowników a pracownikami. Tymczasem w praktyce okazuje się, że pracownicy mają często większe zaufanie do rady, niż do swoich kierowników.

    Dlaczego więc pracodawcy nie zauważają potencjału rad? Nie dysponujemy żadnymi badaniami, ale kampanię na rzecz wzmacniania rad pracowników prowadzimy już od 2006 r. i moja diagnoza jest taka: jak się ma małe poczucie własnej wartości, to się ma duże poczucie własnej ważności.

    Przez lata apelowaliśmy o to, by PIP sprawdziła, jak działa przestrzeganie przez pracodawców ustawy o obowiązku informowania pracowników i przeprowadzania z nimi konsultacji. Dopiero obecny wiceminister rodziny, pracy i polityki społecznej, Stanisław Szwed, złożył wniosek do Głównego Inspektora Pracy o taką kontrolę. To duży przełom, bo za czasów PO nikt się tym nie interesował.

    Jeśli chodzi o samą ustawę, przygotowaliśmy liczne poprawki, które naszym zdaniem poprawiłyby sytuację rad. Dwie najważniejsze: chcemy, by zakres informacji, które pracodawca jest zobowiązany przekazać pracownikom, był wzięty z europejskiej dyrektywy o radach zakładowych, gdzie jest to przedstawione w sposób klarowny. Po drugie, postulujemy zniesienie wymogu zebrania 10% podpisów pracowników, by założyć radę. Jej istnienie byłoby obligatoryjne dla przedsiębiorstw zatrudniających powyżej 50 osób (dziś takich firm jest ok. 17 tys., zatrudniają ok. 5 mln osób), ewentualnie dla tych spośród nich, gdzie nie ma związków zawodowych.

    Artur Kiełbasiński

    Artur Kiełbasiński – publicysta prawny

    Artur Kiełbasiński – publicysta prawny, Radio Gdańsk, bloger Warsaw Enterprise Institute:

    Nie. Uważam, że od rad pracowniczych ważniejsze są układy zbiorowe. Kiedy ostatnio usłyszeliśmy o radach pracowniczych? Nie przy okazji spektakularnych negocjacji, nie przy okazji ważnych debat o roli pracowników w procesie zarządzania polskimi przedsiębiorcami. O radach usłyszeliśmy ostatnio w kontekście kontroli, jaką PIP przeprowadziła w polskich firmach.

    Daleki jestem od załamywania rąk, że rady nie funkcjonują. Należę do tej grupy prawników, która nie wykrzykuje „dura lex, sed lex”, aby wyegzekwować działanie przepisów, które nie działają, lub działają inaczej niż zakładał „racjonalny ustawodawca”. Bardziej interesują mnie przyczyny zaistniałej sytuacji.

    Moim zdaniem to suma dwóch czynników. Po pierwsze, rady pracownicze kojarzą się wielu osobom z czasami PRL. Po drugie, Polacy w zakładzie pracy pozostają bierni, aż do momentu gdy zagrożone zostają ich indywidualne interesy. To, niestety, bardzo zła optyka.

    W kontekście rad pracowniczych kłopot jest poważny. Z jednej strony, rady znajdują się w przepisach międzynarodowych, które nas wiążą, więc mówienie o prostej likwidacji poprzez zmianę czy uchylenie ustawy nie ma specjalnego sensu.

    Niektórzy proponują więc… zwiększenie ich uprawnień. Miałoby to rzekomo spowodować większe zaangażowanie pracowników w wybór rad i tym samym poprawić ich działalność. Moim zdaniem to rozwiązanie absurdalne. Wzmacnianie niedziałającego organu poprzez nadanie nowych uprawnień jest budowaniem fikcji. Obecny stan pokazuje, że rady nie są praktycznie pracownikom potrzebne.

    Można też pozostawić rady pracownicze, ale nie rozbudowywać ich uprawnień, redukować koszty działania i traktować jako formę dialogu z pracownikami. To nie jest złe rozwiązanie – w polskich firmach dialogu brakuje. Często porównuje się je – moim zdaniem – zbyt złośliwie – do folwarków, zarządzanych bez zasięgania opinii pracowników. Jednak tutaj też nie jestem fanem rad. Spójrzmy bowiem na najważniejszą tendencję, jaką mamy w prawie pracy – stale zgłaszanym postulatem w naszym kraju jest rozdzielenie indywidualnego prawa pracy i zbiorowego prawa pracy. To oczywiście językowe uproszczenie, ale chodzi o stworzenie systemu, w którym wzrośnie rola zbiorowych układów pracy. Nie tylko na poziomie poszczególnych firm, ale całych branż i regionów.

    Jeśli zatem mamy negocjować układy zbiorowe, to znowu rada pracowników nie przystaje do potrzeb czasów. Tu trzeba raczej reprezentacji pracowników danej branży (rzadziej regionu, ale też jest to możliwe), a nie rozproszonych rad pracowniczych. Do roli „negocjatorów” w układach zbiorowych w idealny sposób nadają się związki zawodowe i organizacje pracodawców (zresztą – ciągle słabe w naszym kraju, ale to osobny problem). To model znany i praktykowany w całym cywilizowanym świecie. Innego nie ma sensu tworzyć.

    Wróćmy zatem do rad pracowniczych – nie widać specjalnej przestrzeni, by je wzmacniać, ale nie ma też specjalnych powodów, by je likwidować. Należy raczej na tyle zmienić przepisy, aby powstanie rady było opcją, a nie koniecznością, nawet w największych firmach. Można też wprowadzić warunek: rada pracownicza nie musi powstawać w firmie, w której działa zakładowa organizacja związkowa. Albo uzależnić istnienie rady od zgłoszonego wniosku pracowników. Oczywiście, można posłużyć się argumentem, że skoro pracodawca czegoś zrobić nie musi, to nie zrobi tego nigdy. Ale to nie do końca tak. Tysiące polskich przedsiębiorstw to tysiące różnych doświadczeń. W wielu miejscach rady są dobrym uczestnikiem dialogu. I nie trzeba tego niszczyć. Być może przykład idący z takich przedsiębiorstw spowoduje rozpowszechnienie idei rad pracowniczych. Ale nie na siłę, nie na skutek kontroli PIP.

    Najważniejsze jest jednak inne, długofalowe zjawisko. Powszechna moda na „twarde zarządzanie” odchodzi do lamusa. Coraz częściej przedsiębiorcy podkreślają potrzebę realnego dialogu z pracownikami. A to czy będą to „godziny otwartych drzwi u szefa”, cotygodniowe dyskusje strategiczne, czy spotkania rad pracowniczych, ma znaczenie drugorzędne.

    Opracowała Anna Brzeska

    Dodaj komentarz

    Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

    Artykuły powiązane

  • Kategorie