• Menu

    Radości i smutki na szali

    Premier Mateusz Morawiecki przedstawił w swoim exposé przede wszystkim dokonania rządu Zjednoczonej Prawicy w ciągu ostatnich dwóch lat. Mniej było o tym, co zamierza robić jako szef rządu. Zapewnił tylko, że będzie to rząd kontynuacji, który przyjmie ten sam kierunek działania, ten sam drogowskaz.

    Premierowi chodziło zapewne o to, żeby uspokoić socjalny elektorat PiS, który mógłby czuć się zaniepokojony, że pod rządami „bankstera” ograniczone zostaną środki na wsparcie rodzin, które jak dotąd obficie płyną z budżetu państwa. – Jesteśmy i będziemy częścią Zachodu – powiedział premier – ale to nie oznacza, że musimy zgadzać się na model kapitalizmu konsumpcji na kredyt.

    My chcemy podmiotowej roli Polski w gospodarce, a nie peryferyjnej. Dlatego wciąż jeszcze wiele pracy przed nami. Potrzebujemy dzisiaj przejścia do kapitalizmu oszczędności i inwestycji. To jest walka o polską własność i polski kapitał. Na razie nie wychodzi to najlepiej. Choć oszczędności (zwłaszcza przedsiębiorstw) rosną, inwestycje stoją prawie w miejscu.

    Miało być gorzej

    Mało było w tym exposé konkretów dotyczących przyszłości polskiej gospodarki. A jest się o co troszczyć. Choć wzrost gospodarczy był w ubiegłym roku przyzwoity, nie można pominąć faktu, że jego motorem była przede wszystkim rosnąca konsumpcja indywidualna. Drugi silnik – inwestycje – nie zaskoczył. – W najbliższym roku nasza gospodarka będzie podążała mniej więcej tą samą drogą co do tej pory, jeżeli, oczywiście, nie stanie się na zewnątrz, w naszym otoczeniu geopolitycznym i gospodarczym, coś, co trudno teraz przewidzieć, np. nastąpi zaostrzenie któregoś ze światowych konfliktów – powiedział prof. Andrzej Koźmiński, prezydent Akademii Leona Koźmińskiego na portalu wnp.pl.

    – Zasadniczą przyczyną dobrych wyników gospodarczych Polski w 2017 roku są sprzyjające warunki na europejskich rynkach. Rok 2017 był przede wszystkim przełomowy pod względem gospodarczym w Europie, czyli w naszym otoczeniu gospodarczym – dodał.

    Wskutek tych zdecydowanie bardzo sprzyjających warunków do silnika konsumpcji dołączył bardzo mocno silnik eksportu. Polska jest z Europą bardzo silnie powiązana, zwłaszcza z Niemcami, a na tamtym rynku dzieje się zdecydowanie dobrze. Mamy więc silny popyt zagraniczny, który dołączył do krajowego popytu konsumpcyjnego.

    Kołodko

    – Gospodarka jest jedną z najmocniejszych stron polskiej rzeczywistości – uważa profesor Grzegorz Kołodko, były wicepremier i minister finansów. Jego zdaniem trzeba nieco zwolnić tempo wzrostu konsumpcji, żeby można było nieco przyspieszyć tempo inwestycji. – Gdyby mi ktoś powiedział 5, 15 lat temu, albo jeszcze więcej, jak byłem po raz pierwszy w rządzie, że w 2017 roku, w przeddzień sylwestra, będę mówił publicznie, że najmocniejszą stroną polskiej rzeczywistości jest polska gospodarka, to bym powiedział, że jest to skrajny optymizm, ale on się ziścił. Tylko że on się ziścił nie na tej zasadzie, że mamy cudowną gospodarkę – ona pozostawia sporo do życzenia – tylko że mamy fatalne działania w wielu innych obszarach – powiedział w programie „Fakty po Faktach”.

    Pytany o podstawę wzrostu gospodarczego – konsumpcję, zwrócił uwagę, że gospodarka, która nie służy konsumpcji, niewiele jest warta. – Po to gospodarujemy indywidualnie, grupowo, narodowo, żeby zaspokajać ludzkie potrzeby. Nie tylko te materialne, ale również kulturowe. Tylko żeby mieć co konsumować, trzeba wytwarzać. To z kolei zależy od tego, ile inwestujemy w rozwój gospodarki – tłumaczył. – Nie widzę punktu zwrotnego czy nieuchronnego załamania, natomiast trzeba bardzo uważać, dlatego że taka tendencja, która wystąpiła w tym roku, że oto płace rosną szybciej niż oszczędności, konsumpcja rośnie szybciej niż inwestycje, które mają być podstawą rozwoju gospodarki i zwiększania konsumpcji w przyszłości, nie może być kontynuowana.

    Kwestia wiarygodności

    Politycy rządzący obecnie w Polsce zdają się bagatelizować uruchomienie przez Komisję Europejską procedury z art. 7, czyli badanie naszej praworządności. Prof. Leszek Balcerowicz, pytany o finansowe skutki tego przedsięwzięcia, zauważył, że one już się pojawiły. Polska ma coraz mniej do powiedzenia w Unii, w sprawach istotnych dla naszej gospodarki, a inwestorzy zagraniczni tracą ochotę do lokowania u nas swoich pieniędzy.

    Podobnego zdania są analitycy Moody’s, jednej z trzech największych agencji ratingowych świata. Według nich na razie konflikt z Komisją Europejską łagodzony jest przez dobrą koniunkturę gospodarczą w Polsce i u naszych sąsiadów. Nie ulega jednak wątpliwości, że może to pogorszyć nasz wizerunek wśród inwestorów. Dzisiaj mamy rating długoterminowy w Moody’s na poziomie A2, co plasuje nas dosyć wysoko i wskazuje na niewielkie ryzyko inwestycyjne w Polsce. Jednak jeszcze w lipcu ub.r. analitycy Moody’s w specjalnym raporcie wskazywali, że Polska stała się mniej przewidywalna po ostatnich wyborach parlamentarnych.

    Fitch

    Te same konkluzje pochodzą z agencji ratingowej Fitch, według której napięte relacje na linii Polska–UE mogą negatywnie wpłynąć na poziom inwestycji w Polsce. Nie spodziewa się nałożenia sankcji finansowych na nasz kraj, bo ostatecznie uchroni nas od tego weto węgierskie. Gorzej może być jednak z dostępnością funduszy unijnych z perspektywy 2021–2027. „Niższy napływ funduszy UE może uderzyć we wzrost gospodarczy, a jeżeli rząd zdecydowałyby się na skompensowanie utraty części funduszy poprzez dług, osłabiłoby to finanse publiczne” – napisano w raporcie.

    Dobrze, choć nie najlepiej na tle Unii, przedstawia się też wskaźnik indeksu PMI. Obrazuje on koniunkturę w przemyśle. Gdy osiąga wartość powyżej 50 pkt. znaczy to, że idzie w kierunku poprawy. W Polsce wynosi on 54,2 pkt. Znacznie lepiej prezentują się pod tym względem takie kraje, jak Niemcy (62,5 pkt.), Holandia (62,4 pkt.), Włochy (58,3 pkt.) czy Francja (57,7 pkt.). – Czy polski przemysł osiągnął szczyt swoich możliwości? – zastanawia się ekonomistka Konfederacji Lewiatan Małgorzata Starczewska-Krzysztoszek. I odpowiada, że wiele zależy od rządu i parlamentu. Jeżeli będą przyjmowane rozwiązania prawne, które zwiększają ryzyko prowadzenia działalności gospodarczej i jej koszty, to polska gospodarka szybko wejdzie na ścieżkę wzrostu inflacji i wtedy wszystkie korzyści zostaną zjedzone przez wyższe ceny.

    Próba poprawy

    Jak zwiększyć chęć polskich i zagranicznych przedsiębiorców do inwestowania? Rząd ma na to pomysł. Pozytywny skutek ma przynieść rozszerzenie specjalnych stref ekonomicznych na obszar całego kraju. Dyrektor Departamentu Inwestycji Zagranicznych Polskiej Agencji Inwestycji i Handlu Iwona Chojnowska-Haponik twierdzi, że mogłoby się to stać już w lutym br. A będzie to miało znaczące konsekwencje dla napływu do Polski bezpośrednich inwestycji zagranicznych, które przez ostatni rok stopniały o 2,6 mld zł.

    Inwestorzy, którzy połkną ten haczyk, rzeczywiście mogą bardziej niż ostatnio zaangażować się w tworzenie w naszym kraju przedsiębiorstw i miejsc pracy. Nie ma jednak nic za darmo. Firmy inwestujące w SSE mają ulgi w płaceniu podatku dochodowego. Ich wartość wynosi od 30 do 50 proc. Mniej pieniędzy wpłynie więc z tego tytułu do budżetu. Inwestorzy mogą też uzyskać dotacje na tworzenie i rozwój nowych miejsc pracy. Ostatnim rodzajem ulgi objęte są podatki od nieruchomości przyznawane przez władze lokalne. A skoro cała Polska przekształci się w specjalną strefę ekonomiczną, koszty zwiększenia inwestycji mogą okazać się znaczne.

    PKO Bank Polski

    PKO Bank Polski stworzył Platformę Wsparcia Eksportu, która obejmie m.in. analizy rynków eksportowych, raporty branżowe oraz informacje o wydarzeniach handlowych. Uruchomiony został serwis on-line, zawierający informacje o 130 rynkach zagranicznych. Na platformie znajduje się też poradnik eksportera. Informuje on, jakie analizy trzeba przeprowadzić, jak dobierać partnerów i w jakich imprezach branżowych uczestniczyć. Dzięki funkcjonowaniu platformy wartość polskiego eksportu, która wynosi obecnie 200 mld euro rocznie, w 2020 roku ma przekroczyć 240 mld euro.

    Przedsiębiorcy wiązali duże nadzieje z Konstytucją Biznesu, która miała na nowo uregulować ich stosunki z administracją rządową. Ma ona wejść w życie 1 marca br. Biznesmeni są nią jednak rozczarowani, nazywając „konstytucją nihil novi” (nic nowego). Wskazują, że większość zawartych w niej uregulowań jest już w innych przepisach, a samo ich wyrażenie w nowej formie nic nie zmienia w sytuacji firm.

    Czesław Rychlewski

    Dodaj komentarz

    Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *