• Menu

    Na końcu będziesz sam (felieton)

    Józef Stalin żyłby zapewne nieco dłużej, gdyby nie fakt, że wszyscy się go śmiertelnie bali. Gdy przebywał w swojej luksusowej daczy w Kuncewie, nikt nie miał prawa wejść do jego sypialni, zanim się nie obudził. Tak też było w marcu pamiętnego 1953 roku

    Mijały godziny, a wódz nie wychodził. Zaalarmowani towarzysze z Komitetu Centralnego przybyli na miejsce i długo się naradzali, zanim postanowili wejść do środka. Stalin leżał na podłodze i patrzył na nich nienawistnym wzrokiem. Dostał wylewu krwi do mózgu. Przewieziony do szpitala dogorywał jeszcze cztery dni. A gdyby pomoc przyszła wcześniej, być może lekarze mogliby temu zaradzić.

    Towarzysze z KC zajęci byli w tym czasie podziałem władzy w nowej sytuacji. Wszyscy, którzy mieli wpływy i ambicje ruszyli do walki. Jeden z głównych graczy, Ławrientyj Beria, został odsunięty od rozgrywek tak skutecznie, że partia dała mu jeden przywilej – mógł napisać list do KC tuż przed egzekucją.

    A system stworzony przez Stalina przeżył go zaledwie o kilka lat. Tak to jest, gdy buduje się coś na monopolu władzy, nie oglądając się na innych, nie słuchając nikogo i kierując się wyłącznie własnym interesem. Taki jest los wszystkich dyktatorów. Nawet, gdy uda im się opuścić ten świat w sposób naturalny, ludzie wezmą odwet na ich pomnikach.

    Podobnie jest w innych dziedzinach życia, dalekich od władzy i wielkiej polityki. Przez kilka lat obserwowałem od środka wzlot i upadek dobrego przedsięwzięcia biznesowego. Jego twórca trafił w dziesiątkę ze swoją propozycją. Miał też szczęście, że przyłączyli się do niego utalentowani, pomysłowi i pracowici ludzie. Interes ruszył z kopyta. Pieniądze płynęły wartką strugą.

    Wówczas pojawili się cwaniacy, którzy podpowiadali szefowi, jak powinien na tej bazie budować swój prestiż. Nawiązał kontakt z pozostałymi przy życiu przedstawicielami emigracji londyńskiej. Organizował ich wizyty w kraju, spotkania z przedstawicielami obecnej władzy, fundował albumy, tablice i popiersia, które uroczyście odsłaniano. Inny pomysł dotyczył organizacji konferencji naukowych.  Wynajmował hotele i sale konferencyjne. Drukował opasłe tomy materiałów naukowych. Urządzał bankiety. A prestiż nie nadchodził. Gdy wystartował w wyborach do Senatu, sromotnie je przegrał.

    Biznes, na którym się to wszystko opierało, zaczął tymczasem przynosić coraz mniejsze dochody. Ludzie, którzy byli u jego narodzin i przyczynili się do jego rozwoju, próbowali sytuację ratować. Żadne argumenty jednak do szefa nie trafiały. Pojawiły się nawet u niego podejrzenia, że pracownicy działają na jego szkodę. Najbardziej oddanych zaczął zwalniać. Ludzie poszli do sądu pracy i wygrali, jednak i tak musieli odejść, bo w zaistniałej atmosferze żyć się nie dało.

    Gdy kasy zabrakło, odeszli też życzliwi doradcy od budowania prestiżu. Rozmawiałem wówczas z szefem i powiedziałem mu, że skoro nie umiał docenić oddanych mu pracowników, na końcu zostanie sam. I tak też się stało. Po firmie zostały tylko długi…

    W Polsce toczy się obecnie bój o władzę na każdym szczeblu i w każdej konfiguracji. Niby działają różne instytucje państwa. Są Sejm i Senat, rząd i ministerstwa. Są sądy i prokuratury, wojewodowie i marszałkowie sejmików wojewódzkich. Są samorządy gminne, agencje i dyrekcje państwowe. Ale gdy trzeba podjąć ważną decyzję, trzeba się udać pod jeden adres. Tak to się porobiło.

    Człowiek, który nie sprawuje żadnej funkcji poza posłowaniem, ma w ręku wszystkie sznurki do wprowadzania zmian i to często zasadniczych. Zawzięty jest szczególnie na sądownictwo, które uważa za główną przeszkodę na drodze wprowadzania reform.

    Do przeorania jakiejś dziedziny życia społecznego używa ludzi, o których wie, że zacisną zęby i zrobią, co należy. Tym sposobem minister sprawiedliwości stał się panem zarówno prokuratury, jak i sądownictwa. W obozie władzy nie dostrzega się, że rodzi to sytuację niekomfortową. Poprzednicy na tym stanowisku, gdy coś się nie wiodło, mogli dzielić się odpowiedzialnością. Teraz adresat pretensji jest jeden i to on będzie musiał wytłumaczyć, dlaczego sądy nie działają lepiej, a prokuratorzy nie ścigają skuteczniej przestępców. Kto ma monopol władzy, ten ma monopol odpowiedzialności.

    A co będzie, gdy ten monolityczny układ władzy zacznie pękać? Już są na nim rysy. Wystarczy, że wskutek zewnętrznych okoliczności gospodarka przestanie się rozwijać, a nawet zacznie się kurczyć. Nie jest to wcale niemożliwe. A co wówczas ze spełnianiem obietnic socjalnych i zaciągniętymi zobowiązaniami. Co będzie, gdy reformy ujawnią swoje słabe strony, a osamotniona Polska będzie się wlokła w ogonie Europy? Adres, pod którym się wszystko załatwia, przestanie funkcjonować, a jego główny lokator może pozostać sam.

    Czesław Rychlewski

    Udostępnij w sieci ....
    Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on LinkedInPin on PinterestShare on Google+Share on VKShare on Tumblr

    Dodaj komentarz

    Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *