• Menu

    Dr Marcin Jurzysta: Trwa bitwa na zderzaki

     

    Fot. Jowita Burz

    Jeśli będzie chciał uczynić z Morawieckiego kolejny „zderzak”, tak jak to było w przypadku Kazimierza Marcinkiewicza czy Beaty Szydło, to ten rząd przetrwa, jak sądzę, do czasu wyborów samorządowych mówi dr Marcin Jurzysta, politolog, wykładowca akademicki i nauczyciel wiedzy o społeczeństwie w szkole średniej

    PiS rozpoczął rok 2018 z przytupem. Przed Świętami miała miejsce zmiana premiera, ostatnio głęboka rekonstrukcja rządu.

    Tak, rzeczywiście PiS okazał się mistrzem w budowaniu napięcia. Przecież od miesięcy słyszeliśmy o rekonstrukcji i przedłużało się to do tego stopnia, że w pewnym momencie nikt nie wierzył w jej prawdziwe przeprowadzenie.

     I co się stało?

    To ciekawe. Jeśli chodzi o zmianę na stanowisku premiera, to po pierwsze – dla nikogo nie powinno być zaskoczeniem, że Jarosław Kaczyński zawsze traktował Beatę Szydło jak zderzak, który w pewnym momencie trzeba wymienić. Po drugie prawdopodobnie była premier zaczęła irytować szefa PiS. Nie dość, że nie radziła sobie z podległymi jej ministrami, to jeszcze była uosobieniem tego, czego Kaczyński nie lubi albo czym może nawet pogardza, czyli tzw. Polski powiatowej. A on przecież sam o sobie ma mniemanie żoliborskiego inteligenta.

     Co to jest owa Polska powiatowa?

    Chyba lepiej powiedzieć „Polska lokalna”. Najkrócej mówiąc, to ta Polska, która różni się od Polski globalnej i nowoczesnej. Czyli zachowawcza, hermetyczna, odizolowana, lubiąca wyłącznie własne towarzystwo, przez to obawiająca się jakiejkolwiek inności – wyznaniowej, światopoglądowej czy seksualnej – i z niechęcią patrząca na modernistyczną Europę.  Z tym tylko, że Polska lokalna ma świadomość swej lokalności. Polska powiatowa, zaściankowa nie widzi w tej zaściankowości nic złego.

    Ale ta zmiana nastąpiła chyba w niezbyt dobrym momencie, Beata Szydło jako premier cieszyła się wysokim poparciem…

    Sondaże przeprowadzone już po rekonstrukcji rządu wskazują, że w bardzo dobrym momencie! Oczywiście premier Szydło cieszyła się dużym poparciem, dlatego że szefowanie przez nią Radą Ministrów leczyło ludzkie kompleksy. Oto premierem została osoba, która przedtem w polityce nie znaczyła dosłownie nic, wyciągnięta nawet nie z drugiego, ale z trzeciego szeregu. I nagle ta była dyrektor Ośrodka Kultury w Brzeszczach, wiceprezes OSP w tejże gminie i w końcu burmistrz Brzeszcz została premierem. Typowa, zwyczajna kobieta, matka Polka, to na pewnego typu elektoracie robiło wrażenie. Wielu mówiło sobie zapewne „skoro ona doszła tak daleko, to i ja mogę”.

    Tylko bycie lekarstwem na kompleksy elektoratu PiS to jedno, a skuteczne prowadzenie polityki, szczególnie tej międzynarodowej, to zupełnie co innego.

    Nowy premier wzmaga w ludziach owe kompleksy, o czym świadczyło chłodne przyjęcie jego osoby wśród elektoratu PiS. Jednak ów elektorat, jak widać, szybko doszedł do przekonania, że tutaj o wiele ważniejsza jest skuteczność. Do tego jednak potrzeba o wiele więcej samodzielności, której nie miała Beata Szydło. Pojawia się pytanie: czy Jarosław Kaczyński pozwoli na nią Morawieckiemu? Bardzo wątpię.

    A gruntowna zmiana rządu? Szczególnie odwołanie Antoniego Macierewicza, również nie spowodowało perturbacji w sondażach, wręcz przeciwnie.

    …(śmiech) To mnie akurat nie dziwi i można się było tego spodziewać. Gdy trwały dywagacje, który z ministrów znajdzie się na oucie, mówiłem swoim studentom, że Kaczyński podejmie tę szaleńczą decyzję i wyrzuci Macierewicza. Dlaczego szaleńczą? Bo oczywiście ryzykuje utratę przychylności Tadeusza Rydzyka. Jednak popatrzmy, ile może zyskać. Odejście Macierewicza bowiem zostało przyjęte z ulgą przez centrowy elektorat, który być może wspierał politykę PiS, ale z zażenowaniem patrzył na działalność Antoniego Macierewicza. Nie sądzę, aby w polskiej obronności zaszły radykalne zmiany, ale to jest tak jak z tą kozą. Jeśli chcesz mieć poczucie, że masz w domu dużo miejsca, to najpierw kup sobie kozę. Gdy bowiem się jej pozbędziesz, co prawda powierzchnia domu się nie zmieni, ale zyskasz tę niewielką przestrzeń, którą zajmowała koza. Powołanie i odwołanie Macierewicza dało dokładnie ten sam efekt.

    Rząd Mateusza Morawieckiego ma szansę dotrwać do końca kadencji?

    To zależy od trzech czynników. Po pierwsze: sytuacja gospodarcza.

    Doświadczenie Morawieckiego w biznesie może się tu okazać nieodzowne. Być może będzie pilnował, by nie dochodziło do niepotrzebnego rozdawnictwa naszych pieniędzy i będzie robił to z taką samą konsekwencją, jak zabrał się za uszczelnianie systemu podatkowego. Jednak słówko „konsekwencja” wydaje się tu kluczowe.

    Wszak premier doskonale zdaje sobie sprawę, że jego działania będą uzależnione od pisowskiego zaplecza, a to jest bardziej prosocjalne niż prorynkowe.

    Po drugie: służba zdrowia. Jeśli ministrowi Szumowskiemu uda się załagodzić spór z lekarzami rezydentami i ucywilizować długość kolejek do specjalistów – bo, nie łudźmy się, kolejki będą, chodzi o to, by nie ciągnęły się one przez lata, bo to jakiś absurd – to już będzie sukces. Rządzący zyskają wówczas potrzebny czas, by przeprowadzić gruntowne zmiany, jak chociażby te związane z alternatywnymi ubezpieczeniami zdrowotnymi. To po prostu trzeba zrobić!

    Tu znów dochodzimy do kwestii woli politycznej. Jeśli tej woli nie będzie, to nawet tak świetny fachowiec, jakim jest Łukasz Szumowski, nic tu nie zdziała. A wtedy rząd Morawieckiego może mieć kłopoty. Powiedzmy sobie szczerze, ludzi stosunkowo mało obchodzi sytuacja w sądach, wszak niewielki odsetek z ich pracy na co dzień korzysta. Ze służby zdrowia korzystamy o wiele częściej, tak więc o wiele boleśniej ludzie mogą odczuć zaniedbania w tym obszarze.

    Po trzecie zaś: decyzja Jarosława Kaczyńskiego. Jeśli będzie chciał uczynić z Morawieckiego kolejny „zderzak”, tak jak to było w przypadku Kazimierza Marcinkiewicza czy Beaty Szydło, to ten rząd przetrwa, jak sądzę, do czasu wyborów samorządowych. Kaczyński może już mieć dość sytuacji, gdy chwali się swymi osiągnięciami, ale nie on je konsumuje, tylko ci, którzy mieli ponoć być gdzieś z boku, za którymi można by było się schować w trudnej sytuacji i wtedy właśnie powiedzieć „nie, nie, to nie ja”. W pewnym momencie Kaczyński będzie musiał zwarzyć, co mu się bardziej opłaca: czy dalej kryć się za Morawieckim lub innym premierem, czy jednak samemu spijać śmietankę sukcesów, ale i ponosić męską odpowiedzialność za ewentualne porażki.

    A jak w tej nowej sytuacji odnalazła się opozycja?

    Mam wrażenie, że w ogóle się nie odnalazła. Nie mówię tylko o kompromitującym głosowaniu w sprawie procedowania ustawy aborcyjnej czy niesnaskach pomiędzy PO i Nowoczesną, a także w łonie każdej z nich. Po wypowiedziach opozycyjnych polityków po rekonstrukcji rządu można było odnieść wrażenie, że żałują oni dymisji nieporadnej Beaty Szydło, skompromitowanego Waszczykowskiego i niebezpiecznego Macierewiecza. Dyletanctwo zdymisjonowanych sprawiało, iż można było ich łatwo krytykować. Teraz opozycja ma utrudnione zadanie.

    Nowi ministrowie to ludzie bardziej wyważeni, a co najważniejsze, w przeciwieństwie do poprzedników – fachowcy. Opozycja zatem powinna skupić się nie na atakach personalnych, bo w tym wypadku tylko się ośmieszy, ale na wyłuszczaniu mankamentów i błędnych założeń w programie PiS i strategii rządu.

    Tyle tylko, że aby móc skupiać się na tych kwestiach, trzeba mieć swój program. Kłopot w tym, że zarówno PO, jak i Nowoczesna go nie mają, widać to gołym okiem. Gdyby Jarosławowi Kaczyńskiemu przyszło do głowy zrobić teraz przyśpieszone wybory, obydwa ugrupowania znalazłyby się w bardzo nieciekawej sytuacji.

    Na koniec warto poruszyć kwestię neonazistów, których działalność została ukazana w programie „Superwizjer” w TVN.

    Tak, ten materiał był poruszający i chyba wszyscy są zgodni co do tego, że pokazane tam zachowania powinny być po prostu surowo karane. Zatrważające są tu jednak dwie inne sprawy. Przede wszystkim to, że dla wielu środowisk związanych z dzisiejszą władzą to tylko niesmaczne wybryki, jakiś margines, ludzie, którzy sobie biegają po lasach i wykrzykują głupoty. Minister Brudziński tak to przecież określił, przestawiając informację rządu w sprawie organizacji promujących totalitaryzm. Również lokalni działacze PiS bagatelizują sprawę, twierdząc, że tamci ludzie co prawda nie powinni tego robić, ale po prostu się wygłupiają i nie ma co przesadzać. Ale to nie przesada!

    Jeśli pozwolimy na tego typu zjawiska, nawet w nikłym zakresie, to będą się one rozszerzały. Po wtóre niepokoić może też kontekst. Myślę bowiem, że świętujący urodziny Hitlera nie czczą tego historycznego Hitlera, który napadł na Polskę. Obawiam się, iż tęsknią za kimś takim, kto by zrobił porządek z uchodźcami, co było widoczne na marszu 11 listopada. Padały tam hasła o białej Polsce i Europie, przepędzaniu islamskiej emigracji czy te skandaliczne wypowiedzi pana Międlara, który mówił o „talmudycznej nienawiści w żydowskich synagogach” i nawoływał kibiców i patriotów do walki z banderyzmem i talmudyzmem, a ówczesny szef MSW nazwał te zjawiska pięknym świętowaniem.

    Ludzie o skrajnych niebezpiecznych poglądach podnieśli dziś głowy, bo opcja rządząca na to przyzwala. Nie wnikam z jakiego powodu. Chociaż wystarczy posłuchać np. Krystyny Pawłowicz i już będziemy wiedzieć. I co w tym wszystkim najgorsze – ci ludzie nazywają się chrześcijanami, katolikami. Warto więc odwołać się do słów pewnego mężczyzny, którego matka podczas wojny ukrywała u siebie Żydów. Powiedziała mu kiedyś: „Synu, ten, kto mówi, że kocha Boga, a nienawidzi jednocześnie drugiego człowieka – kłamie”.

    I niech to będzie puenta naszej rozmowy. Dziękuję.

    Rozmawiał Piotr Daniłowicz

    Dodaj komentarz

    Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *