• Menu

    Co po szczycie gospodarczym?

    Zagraniczni obserwatorzy są zgodni, że w tym roku tempo rozwoju gospodarczego Polski osiągnie maksimum (wzrost PKB przewidują na wysokości 4,4–5 proc. Niestety, w 2019 r. osłabnie o 3,2–4,2 proc., a w średnim terminie o 2,8 proc.

    Owi obserwatorzy jednogłośnie stwierdzają – jak m.in. prognozowali komisarze Komisji Europejskiej Validis Dombrowskis i Pierre Moscovici – że gorsze perspektywy gospodarcze spowodowane są przede wszystkim przez niepewność w firmach związaną z wojną handlową z USA oraz wzrostem cen ropy naftowej. Istnieje ryzyko, że dalsza eskalacja wojny handlowej może spowodować, iż faktyczne tempo wzrostu gospodarki będzie niższe od prognoz.

    Ostrzeżenia

    Pewne różnice w ocenie najbliższych perspektyw dotyczą naszych spraw wewnętrznych. W lipcowym komunikacie przewidującym lekkie obniżenie tempa rozwoju w państwach unijnych Komisja Europejska stwierdziła: „W Polsce w czerwcu nastroje gospodarcze pozostały na podwyższonym poziomie zarówno w gospodarstwach domowych, jak i w sektorze przedsiębiorstw, co sugeruje, że w 2018 r. solidny wzrost będzie kontynuowany. Szybki wzrost płac i wysokie poziomy zaufania konsumentów będą wspierać konsumpcję prywatną.

    W przyszłym roku za to ma wzrosnąć inflacja. Według KE w 2018 r. o 1,3 proc, a w 2019 r. –2,6 proc. W październiku Międzynarodowy Fundusz Walutowy prognozował odpowiednio – 2,0 i 2,8 proc. Zdaniem Komisji ten wzrost ma być jednym z głównych powodów spowolnienia gospodarczego. Komisja wskazała też na utrzymującą się słabość inwestycji.

    W końcu sierpnia londyński dziennik „Financial Times” prognozował wzrost polskiej gospodarki dzięki prywatnej konsumpcji i ożywieniu inwestycji. Jednakże zdaniem gazety, której opinie są cenione w świecie ekonomiki i finansów, w latach 2019–22 ograniczenia w produkcji i osłabienie popytu zewnętrznego spowodują osłabienie tego tempa.

    W końcu września agencja ratingowa Moody’s potwierdziła pozytywny rating Polski i pomyślne tempo rozwoju gospodarki. Jednak ostrzegła, że dobra sytuacja finansowa to wynik znakomitej koniunktury, a kiedy ona przeminie, przyjdzie czas zapłaty.

    Wiceprezes Moody’s Investors Service, główny analityk agencji na Polskę, Heiko Peters, uważa, że w niedalekiej perspektywie wzrost polskiej gospodarki osłabią problemy związane z rynkiem pracy. Przed Polską pojawiły się wyzwania demograficzne, choć na razie napływ Ukraińców łagodzi braki w tym obszarze.

    Jeśli nic się nie zmieni, negatywne skutki braku wykwalifikowanych pracowników dotkną nas po 2025 r. Ujemne skutki spowoduje też zmniejszenie funduszy unijnych. Pocieszająca jest natomiast opinia agencji, że Polska wydaje się się być odporna na globalne tarcia handlowe. Moody’s odnotowuje też, że polskie spory z Komisją Europejską w sprawie sądownictwa na razie nie wywołują odpływu kapitału zagranicznego. Zdaniem Heiko Petersa jest to kwestia bardziej średnioterminowa.

    Opublikowane we wrześniu i październiku miesięczne raporty panelistów portalu focus- economics.com również stwierdziły, że ten rok gospodarczo dla Polski będzie dobry, ale potem nastąpi pewne spowolnienie. Wskazuje ponadto na możliwe zagrożenia. Panelistów zaniepokoił spadek sierpniowego i wrześniowego wskaźnika PMI (ukazuje on stan i najbliższą projekcję produkcji przemysłowej) do 50,5 pkt. — najmniejszego od dwóch lat. Jak ukazują elementy tej punktacji, powodem spadku był skromny wzrost produkcji i zmniejszenie nowych zamówień.

    W opinii panelistów portalu wątpliwości budzi też projekt budżetu na 2019 r. Powodem jest zapowiedź 1,8 proc. deficytu w stosunku do PKB mimo przewidywanego zahamowania rozwoju. Ponadto budżet wprowadza nowe socjalne wydatki, co może skazić klimat inwestycyjny – zauważają autorzy raportu.

    Wyrażają oni także obawy, że planowany podatek obciążający firmy przenoszące się z Polski za granicę może zredukować u nas zagraniczne inwestycje. Według tych samych opinii wzrost prywatnej konsumpcji utrzyma się wysoko w tym roku, ale obniży się z 4,5 proc. do 3,8 proc. w 2019 r. Paneliści przewidują, że inwestycje wzrosną w 2018 r. o 7,1 proc., ale poziom ten obniży się w 2019 r. do 5,1 proc.

    Na tle przytoczonych opinii najgorzej nasze perspektywy ocenia agencja ratingowa Fitch. Przewiduje wprawdzie tegoroczny wzrost PKB na 4,8 proc., ale w 2019 r. – 3,6, a w 2020 r. – 2,9 proc. Prognozuje też, że wzrost inwestycji wyniesie 5,6 proc. w tym roku, 2,8 proc. w 2019 r. i 0,6 proc. – w 2020 r. Stwierdza, że polską gospodarkę czeka ostre hamowanie, które odczujemy za 1,5 roku.

    Dwie strony medalu

    Komentatorzy zagraniczni analizują sytuację gospodarczą Polski także na tle innych krajów, w tym Europy Środkowej i Wschodniej. Omawiając wrześniowy raport Banku Światowego o procesach integracyjnych, przedstawiciel Banku Światowego w Polsce i krajach bałtyckich Carlos Piñerúa stwierdził, że efekt sąsiedztwa z Niemcami pomógł Polsce zintegrować się z niemiecką siecią powiązań i dzięki temu uczestniczyć w globalnym łańcuchu wartości. Oznacza to jednak, że w razie ewentualnego tąpnięcia w niemieckiej gospodarce, właśnie ze względu na te silne powiązania, Polska byłaby najbardziej dotkniętym krajem w Europie.

    Z kolei Bloomberg, największa na świecie agencja prasowa, dostarczająca informacji na tematy finansowe, latem zapytał inwestorów i zarządzających funduszami o najlepsze rynki rozwijające się na świecie w kilku kategoriach. W każdej z nich Polska znalazła się na drugim miejscu.

    Z tego wynika, że ankietowani w drugim półroczu spodziewają się złej sytuacji na rynkach rozwijających się. Spadki notowań walut, obligacji i akcji mają trwać, bo źle na te rynki będą wpływać kolejne podwyżki stóp procentowych w USA i wojny handlowe Donalda Trumpa. Ale jeśli nawet sytuacja na rynkach wschodzących ma się faktycznie pogarszać, to Polska może to odczuwać stosunkowo łagodnie.

    Warszawski korespondent „The Financial Times” James Shotter na podstawie rozmów z przedstawicielami biznesu Grupy Wyszehradzkiej poddał analizie model gospodarczy tych krajów. Podkreślił, że „od przystąpienia do UE w 2004 roku poczyniły one ogromny postęp gospodarczy, łącząc kapitał napływający z międzynarodowych firm z tanią, dobrze wykształconą lokalną siłą roboczą.

    Transformacja tego regionu, który był skażony 40 latami komunistycznych błędów w zarządzaniu, pozostaje jednym z największych sukcesów gospodarczych w UE, ale (…) ten model staje się coraz trudniejszy do utrzymania” – napisał. Dlatego „konieczne byłoby wypracowanie nowej formuły opartej na innych fundamentach, jak większe inwestycje w technologię i innowacje, wyższe pensje i bardziej wyrafinowany system edukacji. Jednakże istnieje ryzyko, że pensje wzrosną szybciej niż produktywność i region nie będzie przyciągał już zagranicznych inwestycji, które napędzały jego gospodarki przez dwie dekady”.

    J. Shotter zwrócił też uwagę, że starzenie się społeczeństwa, niższa dzietność i emigracja do Europy Zachodniej powodują zmniejszanie ludności Europy Środkowo-Wschodniej. Wyliczenia ONZ prognozują jej spadek z ok. 64 mln w 2017 r. do 55,6 mln w 2050 r. Dodał, że w żadnym innym regionie na świecie nie ma tak wielkiego zagrożenia. Dlatego nieodzowna stanie się imigracja, która jednak, jak dowodzą cytowane przez niego polskie opinie, jest już źle widziana.

    Repolonizacja

    Finansowo-ekonomiczny tygodnik londyński „The Economist” zajął się „repolonizacją” banków i podobną tendencją w innych sektorach, co nazywa „pełzającą nacjonalizacją”. Jego zdaniem, rząd PiS ma „etatystyczny instynkt”. Dodał: „Podczas gdy PiS garnie się do zrepolonizowania gospodarki od stoczni, przez firmy farmaceutyczne, po media, ekonomiści zwracają uwagę na zagrożenia, jakie niesie taka strategia.

    Londyński tygodnik wyjaśnia: „Ekonomiści ostrzegają, że repolonizacja prowadzona przez PiS niesie ryzyko. Skupowanie banków i branie je pod państwowe skrzydła oznacza zmniejszenie konkurencji, a to nigdy nie służy klientom. W efekcie w górę mogą pójść choćby koszty kredytów, czyli ostatecznie na rządowych zabiegach straciliby klienci”. „The Econoimist” konkluduje: – Na razie stan polskiej gospodarki jest dobry. PKB rośnie, a bezrobocie spada. Jednak jeśli kolejne zagraniczne banki zaczną wyprzedawać swoje polskie oddziały, rząd może mieć chęć na kontynuowanie procesu repolonizacji (której koniec ogłosił jakiś czas temu i okrzyknął „sukcesem”).

    Awans z pytaniami

    Dla wizerunku Polski w oczach zagranicznych inwestorów oraz centrów finansowych miało we wrześniu formalne przeniesienie nas z portfela krajów rozwijających się do prestiżowego grona 25 rynków rozwiniętych (m.in. Niemcy, Francja, Japonia, Stany Zjednoczone). Jest to decyzja FTSE Russell, dostawcy indeksów giełdowych z grupy London Stock Exchange. Do indeksów tej ważnej instytucji weszła Giełda Papierów Wartościowych wraz z 36 polskimi spółkami.

    Komentatorzy zgodnie oceniają, że jest to ważne wydarzenie dla Polski, bowiem teoretycznie powinno ściągnąć do naszego kraju nowych inwestorów z większym kapitałem. Dotychczas Polska miała dostęp jedynie do 12–13 proc. globalnego kapitału, a teraz w naszym zasięgu będzie 100 proc. Są jednak poważne ryzyka. Udział polskich spółek w koszyku FTSE krajów rozwiniętych będzie stanowił 0,154 proc., a w koszyku krajów rozwijających się było to 1,33 proc. Możemy być więc niezauważalni dla gigantów światowych, tym bardziej że na liście FTSE obejmującej 25 członków krajów rozwiniętych zajmujemy 23. miejsce.

    Na efekty finansowe i inwestycyjne tego awansu trzeba czekać. Nie bez znaczenia jest też fakt, że wprawdzie FTSE to jedna z głównych rodzin indeksów giełdowych, ważniejszym „producentem” indeksów jest jednak MSCI. Główny wskaźnik MSCI zawiera akcje z 46 krajów – 23 klasyfikowane są jako rynki rozwinięte, a pozostałe 23 uznawane są za rynki wschodzące. I w tej grupie nadal pozostajemy.

    Doganiamy

    Postęp w ostatnich latach może cieszyć, tym bardziej że umocnił naszą gospodarkę, która w ciągu jednego pokolenia o połowę zmniejszyła dystans dzielący nas gospodarczo od Niemiec. Bardziej interesujące są przedstawione przez Eurostat dane o konsumpcji. Okazuje się, że w 2017 r. stanowiła ona 76 proc. średniej konsumpcji w całej Unii Europejskiej. 10 lat temu było to 61 proc., a przed 20 latami zaledwie 49 proc. Najbardziej efektywny był okres 2006–2012, gdy „skoczyliśmy ” o 20 punktów procentowych. Tyle, że w tym czasie większość krajów europejskich przeżywała recesję, gdy Polska miała słabszy, ale plusowy rozwój.

    Ciekawe jest też porównanie z Niemcami. W 1995 r. mieliśmy konsumpcję na poziomie 44 proc. średniej unijnej, a Niemcy 135 proc. Gdy wchodziliśmy do Unii, ta relacja wynosiła 54 do 119. W 2017 r. rozpiętość spadła do 76 i 122. Średnia Niemiec jest większa od polskiej „tylko” o 1,6 razy, choć startowaliśmy, gdy była wyższa ponad 3 razy.

    Ciekawe jest też porównanie w Węgrami. W 1995 r. średnia węgierska wynosiła 61 proc., gdy polska – 44 proc. Byliśmy za Węgrami o 17 punktów procentowych do tyłu. W 2017 r. zostaliśmy natomiast o 13 punktów lepsi.

    Zygmunt Słomkowski

    Dodaj komentarz

    Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

    Artykuły powiązane

  • Kategorie