• Menu

    Arkadiusz Krężel – ZACZYNAMY JAZDĘ W DÓŁ

    Energetyka i górnictwo to dwa sektory, których przez lata transformacji nie udało się zrestrukturyzować. To także dwa obszary, które są zarzewiem przyszłego kryzysu gospodarczego w naszym kraju. – Wszędzie tam, gdzie procesy transformacyjne nie doprowadziły do urynkowienia obszarów gospodarczych, mamy cykliczny problem, mniej więcej co dziesięć lat – tłumaczy Arkadiusz Krężel, wieloletni prezes Agencji Rozwoju Przemysłu, obecnie szef rady nadzorczej Impexmetalu.

    Jest Pan jednym z ojców transformacji, tych bardziej rozgrywających. Niektórzy robią podsumowania. Jak Pan ocenia ten bilans pierwszych lat? Czy gdyby mógł Pan cofnąć czas, coś by Pan zmienił?

    Arkadiusz Krężel – Im jestem starszy, im więcej zbieram doświadczeń, to coraz bardziej jestem przekonany, że nie było innej drogi. Po 30 latach doszliśmy najdalej ze wszystkich państw, jeśli chodzi o transformację.

    Nie widział Pan trzeciej drogi?

    Arkadiusz Krężel – Nie. Każda trzecia droga prowadziłaby nas do modelu Ukrainy czy Białorusi. Mieliśmy wtedy gigantyczną inflację, a więc musieliśmy zacieśnić politykę monetarną, a w takim przypadku nieuniknione są problemy po stronie przedsiębiorców. Pamiętajmy też, jak wyglądał ten start. Jest rok 1989, mamy 11 tys. przedsiębiorstw państwowych, gigantyczne załamanie rynku, totalną deregulację wszystkiego i w tym momencie pojawia się plan Balcerowicza. Ten człowiek powinien mieć u nas pomnik za to, że odważył się zrobić to, co zrobił, bo w takiej sytuacji nie było innego wyjścia. Należało przywrócić stabilność pieniądza, żeby można było budować stabilną pozycję przychodową po stronie przedsiębiorstw i całego świata pracujących.

    Arkadiusz Krężel

    Arkadiusz Krężel, szef rady nadzorczej Impexmetalu

    Żeby doprowadzić do sytuacji, w której gospodarka nabiera rumieńców, to trzeba mieć zdrowe przedsiębiorstwa. Ale najpierw trzeba było zrobić odpowiednią selekcję tych firm. Dlatego pierwszym krokiem była normalizacja sektora bankowego i dokonanie tej pierwszej selekcji przez banki w oparciu o uchwaloną wówczas Ustawę o restrukturyzacji finansowej banków i przedsiębiorstw. Już w tej ustawie była wpisana Agencja Rozwoju Przemysłu jako drugi selekcjoner, gdyż, żeby całość gospodarki mogła być trzymana od strony wartości, to banki nie mogły przecież wchodzić w projekty restrukturyzacji zadłużenia przedsiębiorstw, w które nie wierzyły ograniczone prawem bankowym, natomiast ARP jak najbardziej tak, ponieważ w pewnym sensie do tego została powołana. Była tym drugim, który zbiera wszystko to, czego banki nie chciały, a ponieważ nie byliśmy bankiem i nie obowiązywało nas prawo bankowe, to świadomie braliśmy na siebie to wszystko, czego banki nie chciały robić w sferze restrukturyzacji finansowej zadłużenia przedsiębiorstw, mając do dyspozycji takie instrumenty, jak pożyczkę, poręczenie i dokapitalizowanie, ale przede wszystkim rachunek ekonomiczny i zdrowy rozsądek.

    Wszystko, co było dla banków do strawienia w aspekcie restrukturyzacji finansowej realizowanej przez nie same, szło do prywatyzacji; to co my braliśmy też, ale w dłuższej perspektywie po radykalnej restrukturyzacji. Cała robota restrukturyzacyjna uwzględniała również wariant likwidacyjny i upadłościowy z rewitalizacją działalności gospodarczej przez inny podmiot na aktywach likwidowanych przedsiębiorstw państwowych. Ktoś kupował aktywa lub ich część i tworzył nowy podmiot, zwykle jako spółkę prawa kapitałowego tworząc nowe miejsca pracy. Miałem w ARP departament likwidacji, bo restrukturyzacja to jest też likwidacja i rewitalizacja aktywów.

    Dlatego powstała pierwsza specjalna strefa ekonomiczna?

    Arkadiusz Krężel – W przypadku Mielca i jego monokultury gospodarczej (jedno przedsiębiorstwo PZL zatrudniające kilkanaście tysięcy ludzi – przyp. red.) uważaliśmy, że inaczej nie da się tego zrobić. Zainwestowaliśmy też na początku lat 90. w trzy nowoczesne banki, PBR, BISE i PPAB, po to, żeby mieć dostęp do nowoczesnych metod bankowości. Tak wyglądał początek transformacji. Oddzielenie zarządzania pieniądzem od regulacji i wprowadzenie komercyjnego zarządzania. Dlatego twierdzę, że to było radykalne, ponieważ ktoś musiał stanąć i powiedzieć ludziom, że bankrutujemy, ale krok po kroku dojdziemy do czegoś.

    To, co robiliśmy do 2004 r. jako wsparcie pomocą publiczną, było naszą metodologią, moim zdaniem dużo skuteczniejszą niż obecnie w UE. W ten sposób uratowaliśmy np. hutnictwo czarne i kolorowe. Od 2000 r., czyli zakończenia procesu restrukturyzacji i prywatyzacji tego sektora, państwo nie dopłaciło do hutnictwa ani grosza, ponieważ było to zmartwienie nowych właścicieli, zresztą wszędzie, gdzie przeprowadzono prywatyzację, w dużej skali nie było później większego ponownego dokapitalizowania z udziałem pomocy publicznej.

    Wiem coś o tym, bo uczestniczyliśmy jako ARP w procesie restrukturyzacji górnictwa. Wicepremier Janusz Steinhoff wiedział, że jestem górnikiem, który pracował na kopalni, na dole i żarł tam pył przez 11 lat, i mam pojęcie o tym bardzo specyficznym sektorze gospodarki. W związku z tym wiedział, że będzie mi łatwiej rozmawiać z górnikami i zrozumieć mentalność tego środowiska. To my jako ARP byliśmy finansowym partnerem Ministerstwa Gospodarki w tym trudnym projekcie, zakładaliśmy górnikom konta, gdy dostali środki osłonowe, bo jakby te pieniądze poszły na kopalnie, to poszłyby zapewne gdzie indziej, również w ramach ARP został stworzony w Katowicach oddział zajmujący się monitorowaniem całego polskiego górnictwa, który funkcjonuje do tej pory.

    Ale gdy w 2003 r. Minister Finansów Grzegorz Kołodko umorzył górnictwu 18 mld zł, to było powiedziane górnikom, że z taką sytuacją mamy do czynienia ostatni raz. Jednak po 10 latach znowu stanęliśmy przed tym samym problemem. Ponieważ nie można było wprost przelać środków, bo w międzyczasie weszliśmy do Unii i ograniczenie pomocy publicznej stało się regułą, to dokonano transferu z energetyki. I teraz znowu mamy problem i znowu ktoś musi zapłacić. Na razie płacą duże firmy poprzez podwyższone ceny energii, a to powoduje obniżenie konkurencyjności polskiej gospodarki. Za chwilę cały sektor metalurgiczny może mieć gigantyczne problemy. Jak ktoś przeszedł tyle co ja, od 1989 r. do 2006 r. , to pewne procesy widzi od razu i wie, gdzie popełniono błędy.

    Jak należało zrestrukturyzować energetykę?

    Arkadiusz Krężel – Jak robiono restrukturyzację energetyki, to należało inaczej ustawić górnictwo, bardziej zdecydowanie postawić na prywatyzację i produktywność. Jednak opór środowiska górniczego, w tym związków zawodowych był barierą dla takich decyzji politycznych. Dlaczego w sprywatyzowanej PG Silesii udało się zwiększyć efektywność do 1,2 tys. ton rocznie na pracownika, a wszystko, co państwowe nie przekracza 800 ton rocznie na jednego zatrudnionego? Widzicie ten dystans efektywnościowy? Albo dlaczego państwowa kopalnia pracuje pięć, maksimum sześć dni w tygodniu, skoro powinna siedem?

    Projekty nowych kopalni, o których myślą Australijczycy, zakładają wydobycie na poziomie 2,5 tys. ton rocznie na pracownika. To jest możliwe. Mówię o tym jako inżynier. To jest możliwe, ale tylko tam, gdzie jest prywatny właściciel, który patrzy zupełnie inaczej na wszystko, a przede wszystkim na efektywność i wydajność, bo ma inwestorów, przed którymi się rozlicza. Ale ten prywatny właściciel zdaje sobie też sprawę z tego jak ważne jest motywowanie finansowe ludzi do pracy i zabezpieczenie im przekonywującej i sprawnej organizacji pracy.

    Mamy cztery silne grupy energetyczne.

    Arkadiusz Krężel – Konsolidacja energetyki w tamtych warunkach bez stworzenia wcześniej rynku energii była błędem. W 2006 r. uznano, że konsolidacja będzie najlepszym sposobem na wyjście z kontraktów długoterminowych, które blokowały rozwój energetyki. Jednak zapomniano, że konsolidacja nie może wynikać z przymusu politycznego, a po to, by miało to sens, musi być otwarty rynek. To musi być efekt wolnorynkowy. Tymczasem w 2006 r. podjęto decyzję o budowie czterech grup energetycznych bez wolnego rynku energii.

    Nieżyjący już prof. Krzysztof Żmijewski, który był wiceministrem w rządzie, a jednocześnie przeciwnikiem takiej formy konsolidacji, wiedział, że wcześniej czy później dojdzie do zmowy i podwyżek cen energii. Żmijewski twierdził również, że przed konsolidacją trzeba mieć dużo linii transgranicznych i mocno poprawioną infrastrukturę przesyłową, także na Ukrainę i Białoruś, że najpierw trzeba stworzyć rynek, w tym również uwzględniający energetykę prosumencką, oraz opartą na OZE i zmusić polską energetykę do budowy efektywnościowego modelu mikstu energetycznego. Niestety nikt nie chciał Żmijewskiego słuchać. Nie musieliśmy długo czekać na efekty.

    W 2008 r. mieliśmy wzrost cen o 80%. Musieliśmy wtedy zamknąć w Polsce wiele zakładów, które z takim skokowym wzrostem kosztów nie były sobie w stanie poradzić, między innymi elektrolizę aluminium w Koninie, ostatni zakład tego typu w Europie Środkowej. To było pierwsze uderzenie, które powinno sprowokować refleksję u rządzących. Ale zorientowano się, że coś nie gra dopiero w 2009 r. Powstała giełda energii, która wymusiła handel energią. W międzyczasie wybudowano też linię na Litwę i zmodernizowano inne linie. Spadły ceny, pozwalając na utrzymanie konkurencyjnego charakteru kosztów produkcji w Polsce. Teraz ceny znowu idą do góry i tym razem zaczyna się już panika. To źle się skończy.

    Minister Tchórzewski zapowiada rekompensaty.

    Arkadiusz Krężel – Minister Tchórzewski chyba nie za bardzo wie, w jakim punkcie się znajduje. Dlatego, że już dziś zaczyna się jazda w dół, bo obniża się konkurencyjność gospodarki przy kompletnie niezrestrukturyzowanej energetyce i górnictwie. To mieszanka wybuchowa. Potrzebne są radykalne działania, a do tych brakuje odważnych polityków. Premier Buzek, wicepremier Steinhoff czy później wicepremier Hausner mieli inną wrażliwość. To pokolenie wiedziało, że nie można podlegać tylko koniunkturalizmowi politycznemu, bo pamiętaliśmy kryzys 1989 r. Zresztą z obawy o kryzys do 2004 r. chyba wszyscy politycy bez względu na opcje polityczne nie bali się radykalnych rozwiązań. Taka jest moja teoria.

    Czy energetyka i górnictwo będzie zatem zarzewiem przyszłego kryzysu?

    Arkadiusz Krężel – W dużej mierze tak. Wszędzie tam, gdzie procesy transformacyjne nie doprowadziły do urynkowienia obszarów gospodarczych, mamy cykliczny problem, mniej więcej co dziesięć lat. W 2003 r. minister finansów Grzegorz Kołodko, kontynuując reformę wicepremiera Steinhoffa, wyłożył w 2003 roku 18 mld zł pomocy publicznej na górnictwo. Po dziesięciu latach mamy deja vu. Dlaczego i co poprawiliśmy? Nic albo niewiele. Nie było prawidłowego, komercyjnego podejścia do złóż. Weźmy głównego geologa kraju, którego na szczęście w końcu zdymisjonowano, ale który totalnie zablokował proces wydawania koncesji. A gdy jest kapitał chętny do inwestowania, to powinno się go wpuścić i cieszyć się, jeśli uzyskujemy jakiś efekt.

    Formuła restrukturyzacji polegająca na nieuwzględnieniu czynnika prywatnego jest nieporozumieniem. A przecież byli inwestorzy, którzy chcieli wziąć kopalnię Makoszowy, którzy chcieli wziąć Krupińskiego, ale JSW miała blokadę na wchodzenie z nimi w spółki. Ustawa mówiła o SRK, likwidacji i cześć. Jeśli się ubezwłasnowolnia zarządy, a firmom giełdowym choć w znacznej mierze państwowym, takim jak JSW, zabrania się robić interesy z inwestorami, i uzyskiwać w ten sposób pozytywne doświadczenia i efekty, to prosimy się tylko o kłopoty.

    Pan nakreślił całościową opowieść transformacyjną. Jest jednak opowieść alternatywna. O tym, że w ciągu pierwszych dwóch lat transformacji wzrosło skokowo bezrobocie do prawie 2 mln, że płace realne spadły o 25%, że spadło PKB, że doszło do skoku nierówności społecznych, albo, że doszło do drastycznego spadku liczby żłobków, przedszkoli, czy nawet punktów bibliotecznych. Nasuwa się zatem jeszcze raz pytanie: czy nie można było inaczej?

    Arkadiusz Krężel – Jak mówi Pan o transferach społecznych, to powinien Pan też mówić o źródłach pokrycia tych transferów. A jak ma Pan stronę przychodową, to ma Pan co dzielić. Tymczasem my w 1989 r. mieliśmy zero. O jakich transferach więc mówimy? Za pożyczone pieniądze? W socjalizmie było takie powiedzenie: czy się stoi, czy się leży, dwa tysiące się należy. Dziś zapominamy, że w tamtych czasach musieliśmy także uczyć ludzi pracować. Nie mam poglądów politycznych, nie miałem ich też jako prezes ARP, tak mnie ustawiono od samego początku. Na polityków patrzę z uśmiechem i dziwię się, że zapominają teraz o tym, że pewne rzeczy są niezbędne. Mówiąc wprost. Jak ma Pan wyrostek robaczkowy do usunięcia, to trzeba go usunąć, jeżeli jest w stanie zapalnym.

    Ale czy nie jest tak, że straty ekonomiczne wynikające z masowej dezaktywizacji zawodowej, z likwidacji setek tysięcy miejsc pracy nie były większe?

    Arkadiusz Krężel – Absolutnie nie. Nie mieliśmy źródeł do finansowania tego typu rzeczy. Musieliśmy też doprowadzić do tego, żeby miejsce pracy miało swoją wartość. Musieliśmy stworzyć warunki, żeby polska przedsiębiorczość, która wyrosła ze szczęk pod Stadionem, mogła wypłynąć na szerokie unijne wody. Jak mieliśmy to wszystko zrobić, pamiętając jeszcze o luce technologicznej, która nas dzieliła od krajów zachodnich?

    Naprawdę nic by Pan nie zmienił, widząc ogrom negatywnych zjawisk, które wtedy miały miejsce?

    Arkadiusz Krężel – Niestety każde wychodzenie z tak skrajnego kryzysu, jakim był ten z 1989 r., jest kosztowne społecznie, a w biednym państwie jest kosztowne w dwójnasób. Podejście do edukacji powinno być wtedy inne. Edukacja została z tyłu, a dobra edukacja od szkolnictwa zawodowego po wyższe to większa zaradność społeczna. Nikt nie dostosował modelu edukacyjnego do zmieniającej się gospodarki. W dostosowaniu edukacji pod kątem przemysłu. Mistrzami są w tym Niemcy.

    Państwo bierze na siebie przygotowanie pracownika. On zarabia nieźle, bo są określone rygory. U nas tak jak w służbie zdrowia, zabrakło wizjonerów, którzy rozumieliby zapotrzebowanie rynku, oczekiwanie odbiorcy usługi czy produktu. Staraliśmy się tworzyć w ramach stref ekonomicznych tego typu mechanizmy, np. w momencie likwidacji szkół zawodowych. To za mało. Wtedy wszyscy chcieli iść na studia i być prezesami, a zapomniano, że należy uszanować również w tym systemie rzemieślników, fachowców.

    Przed laty mówił Pan o ARP, że waszym celem nie był tylko zysk, że chcieliście uzyskać korzystne efekty dla całej gospodarki, żeby ludzie mieli pracę, a państwo podatki. Czy jednak nie było problemu z procesami modernizacji, skoro przez prawie cały okres transformacji stopa bezrobocia wyraźnie przekraczała 10%?

    Arkadiusz Krężel – Jeśli ktoś Panu odpowie, że można pewne procesy zrobić błyskawicznie, to okłamie Pana. Nie ma takiej możliwości. Jeśli wychodziliśmy z tak głębokiego kryzysu jak w 1989 r., z systemu w którym wszyscy musieli mieć pracę, a z drugiej strony efektywność tej pracy była żadna, to znika panu nagle strona przychodowa, która – jak oceniam – była zredukowana o około 70%. Takiego procesu nie zrobi się w ciągu roku czy dwóch. To jest kwestia zdefiniowania celów. A to, że zdefiniowano ten proces na 2004 r., czyli rok wejścia do Unii Europejskiej, to było bardzo trafne założenie, ale fakt, że wchodzi Pan również w proces globalizacji, prowadząc swój proces transformacji, to musi Pan się liczyć także z negatywnym wpływem tych globalnych struktur na pańskie podwórko. A gospodarka światowa przeszła serię kryzysów w tym czasie, co nie mogło pozostać bez wpływu na naszą gospodarkę.

    Jacek Kuroń wspominał po latach, że rząd Tadeusza Mazowieckiego, do którego należał, był totalnie nieprzygotowany do rządzenia, że w większości była to kompletna amatorszczyzna. Społeczeństwo szybko poczuło się oszukane. Co do ARP mówi Pan, że wszystko było prawidłowo, ale widzi Pan problem, np. w likwidacji zawodówek. Może jednak była możliwość, aby zrobić coś więcej, inaczej poprowadzić przemiany ustrojowe?

    Arkadiusz Krężel – Wszyscy się wtedy uczyliśmy. Ja z poziomu operacyjnego, głównego mechanika kopalni, przeszedłem na szefa instytucji parafinansowej zajmującej się restrukturyzacją i poprawą zarządzania. Ale moja droga zawodowa zaczęła się  w chwili agonii tamtego systemu. W końcu lat 80. dochodzą do głosu w polskiej gospodarce coraz bardziej rozsądni ludzie spoza partyjnego betonu (np. minister Wilczek), a to oznaczało, że betonowa władza słabnie. Już wtedy, w latach 80. wysyłano ludzi za granicę. Ja też uczestniczyłem w tego typu szkoleniach. Przez prawie pół roku słuchałem ludzi, którzy przygotowywali restrukturyzację górnictwa brytyjskiego.

    Organizowano również spotkania z zagranicznymi ekspertami także w Polsce, choćby w gwareckim ośrodku w Świerklańcu. Tamte spotkania dały mi bardzo dużo, pozwoliły zrozumieć także konieczność wprowadzenia mechanizmów osłonowych, a przede wszystkim poznać mechanizm tworzenia i logikę programów naprawczych. Już na poziomie ARP mieliśmy bardzo profesjonalny zespół doradców ekonomicznych, z których szczególnie ciepło wspominam dr Lothara Nethekowena i Chose Antonio Lopeza-Lopeza.

    Oni pokazywali zarówno zarządowi, jak i pracownikom ARP konkretne przykłady i wiele godzin dyskutowaliśmy nad metodologią postępowania w takich przypadkach restrukturyzacyjnych. Już jako szef ARP wysyłałem ludzi do Kanady, Stanów, czy Irlandii, gdzie pokazywano im określone modele i metody postępowań restrukturyzacyjnych realizowanych przez różne instytucje rządowe i okołorządowe, np. w Irlandii strefę Shannon zarządzaną przez IDA, w Kanadzie banku FBDB. W tym zakresie moim intelektualnym mentorem był szef irlandzkiej IDA, odpowiednika ARP w Polsce

    Mieliście generalnie pojęcie, co robiliście?

    Arkadiusz Krężel – Oczywiście, choć musieliśmy się też wiele uczyć. Nie mam poczucia, że uczyłem się czegoś za wolno. Do ARP nie przychodziło się po to, by konfliktować, lecz wiedzieć, dlaczego pewne procesy są neutralne, a inne radykalne, ale mają być rozwiązywane, aby zagwarantować ciągłość procesu przemian. Pamiętam rozmowy przed zatrudnieniem mnie w agencji. Ówcześni ministrowie Stanisław Padykuła, Andrzej Lipko, Edward Nowak i Janusz Steinhoff zastrzegali: ty musisz być apolityczny, ponieważ procesy restrukturyzacyjne są apolityczne i mogą być podporządkowane tylko prawom ekonomii. Inaczej nie udałoby się pogodzić interesu ekonomicznego z dążeniami politycznymi różnych ekip.

    Jest Pan współorganizatorem Specjalnych Stref Ekonomicznych. Dziś nawet wielu pracodawców uważa, że jest to archaiczny model. Czy uważa Pan, że SSE spełniły swoją rolę i powinny dalej funkcjonować?

    Arkadiusz Krężel – SSE w modelu polskim, ale tym z pierwszej ustawy z 1993 r., czyli jako instrument antykryzysowy – tak. Jednak musi towarzyszyć im określona polityka gospodarcza i neutralny obszar, w którym występują. U nas z uwagi na to, że podziały polityczne są duże, to wahadło ciągle wychyla się i wyklucza bardzo wartościowych ludzi. To przeczy idei polskiej transformacji. Ludzie o różnych barwach politycznych pracowali na to, żeby z tej biedy się wygrzebać. I rozumieli, że to kosztuje. Teraz nie ma szacunku do ludzkiej wiedzy, lecz jest jak za dawnych czasów. Musisz należeć do partii bo inaczej jesteś wykluczony.

    Tymczasem nie ma procesów transformacyjnych, które nie kosztują. Jeśli ktoś obiecuje złote góry, to patrzę na niego z dystansem. Jeśli wprowadzam elementy socjalne, to one muszą być uzależnione od koniunktury gospodarczej i nie mogą być raz na zawsze. Niech Pan sobie wyobrazi kryzys, co wieszczę np. w branżach energochłonnych w ciągu dwóch lat. Czy myślicie, że państwo będzie wtedy stać na pełen socjal? W końcu ktoś musi wstać i powiedzieć, że nas na to nie stać. Byłoby łatwiej, gdyby ktoś od pierwszej klasy nam tłumaczył, co to jest zarządzanie pieniądzem i w ten sposób przygotowywał dziecko do życia w świecie wolnorynkowym.

    Dlaczego Chińczycy osiągają tak dużo? Gdy ktoś dochodzi do poziomu maturalnego, to nadchodzi intelektualna selekcja ludzi. Ci, którzy są najlepsi, trafiają na studia zagraniczne, trochę gorsi na tamtejsze uniwersytety, a ci gorsi – nie dyskredytuje ich z tego punktu widzenia – zajmują się innymi profesjami. Pamiętajmy, że ten, który myśli o kosmosie, rzadko kiedy lub nigdy nie zrobi finezyjnie filiżanki. Nie zrobi, bo się na tym nie zna.

    To prawda, ale żeby móc wykorzystać talenty, całe społeczeństwo musi mieć dostęp do tych instrumentów. I zarzut środowisk lewicowych wobec transformacji dotyczy m. in. tego, że te kanały awansu zostały zablokowane, np. na terenach postpegeerowskich.

    Może rzeczywiście w tych obszarach nie do końca pewne sprawy zostały przemyślane. Nie zajmowałem się rolnictwem, ale mam całościowe wyobrażenie o gospodarce w kontekście transformacyjnym, i z tego punktu uważam, że inaczej się nie udało tego zrobić.

    Mówi Pan, że korzystaliście z doradztwa zagranicznych ekspertów. Czy pojawił się wtedy, ktoś, kto mówił, że transformacja może być przeprowadzona przy mniejszych kosztach społecznych?

    Arkadiusz Krężel – Wszyscy wtedy mówili, np. dr Lothar Nethekoven, że to potrwa przynajmniej kilka lat, jak nie kilkanaście i niestety będzie społecznie sporo kosztowało. I radzili, byśmy patrzyli też na bardzo istotne kwestie mentalne. Komuna stworzyła pewien mentalny absurd, sprowadzający się do słynnych powiedzeń „czy się stoi, czy się leży” lub „tym chata bogata, co ukradnie tata”. Tam było mnóstwo patologii, które doprowadziły do bankructwa systemu. Mentalność taka jednak przetrwała. Doradcy mówili nam zatem, że jeśli chcemy osiągnąć pewne cele, to musimy zmienić też mentalność pracownika. A żeby tak było, pracownik musi wiedzieć, że to wszystko, co robi, jego miejsce pracy, ma swoją wartość.

    Wróćmy do górnictwa. W górnictwie w latach 80. pracowało ponad 400 tys. osób, a teraz 80 tys. Czy likwidacja tylu miejsc pracy była konieczna, biorąc pod uwagę jej skutki społeczne? Wszak ci ludzie wypadli z rynku pracy. Czy skutki ekonomiczne i społeczne dezaktywizacji zawodowej nie przewyższyły wysokości potencjalnych dopłat do kopalni?

    Arkadiusz Krężel – Nie. Na początku lat 90. mieliśmy gigantyczną nadprodukcję węgla i energii elektrycznej. To był czysty proces dostosowania podaży do popytu. Wtedy  w 1999 r. to był największy osłonowy socjalnie program w Polsce. I to było sensowne rozwiązanie. Błędem był brak w większej skali prywatyzacji i urynkowienia. Gdyby sprywatyzowano wtedy kopalnie przynajmniej częściowo, by poszukiwać kapitału poza środkami pomocy publicznej i większej efektywności, nie byłoby późniejszych problemów z górnictwem. Na tym polega chyba nadzór i wizjonerstwo państwa, by działać za pięć dwunasta, a nie po dwunastej jak w 2015 r. A jeżeli już coś takiego wprowadzono i wpompowano tyle pieniędzy państwowych, to należało powiedzieć górnikom, że już wystarczy. Należało stworzyć autentyczny rynek węgla, czyli dostosowany do światowego rynku i wydobycia węgla na świecie. Polskie górnictwo, ale prywatne, ma duże szanse, bo Europa wciąż importuje bardzo dużo węgla. Dlatego chcą u nas inwestować Australijczycy i inni zainteresowani. Takich inwestorów trzeba wpuszczać jak najwięcej i autentycznie restrukturyzować rynek.

    Jest Pan zwolennikiem sektora prywatnego. Ale dlaczego uważa Pan, że w górnictwie sektor prywatny lepiej funkcjonuje? Czy bezpieczeństwo energetyczne kraju powinniśmy w pełni uzależniać od prywatnego kapitału?

    Arkadiusz Krężel – Jeśli weszliśmy w system wspólnego rynku, to w Unii Europejskiej bezpieczeństwo energetyczne wszyscy gwarantujemy sobie nawzajem. Najpierw budujemy zatem infrastrukturę, a potem z niej korzystamy. Istotą jest system połączonych organizmów, abym mógł sobie kupić taniej energię, np. w Niemczech Czechach, Szwecji czy Litwie, ale również w Polsce. To działa w obie strony i wynika z cen ustalanych przez rynek. Na tym polega wzajemne bezpieczeństwo. Gdyby nie było szansy ekonomicznej, to nie byłoby tylu chętnych do budowy kopalni.

    Czytałem o Pana bardzo afirmatywnym podejściu do australijskich technologii. Mówił Pan, że choć nie ma tam czternastek i piętnastek, to górnik i tak zarobi tam więcej niż w Polsce. Skoro tak, to dlaczego w Polsce nie można zarobić więcej?

    Arkadiusz Krężel – Bo związki zawodowe na to nie pozwolą. Na zmianę organizacji pracy, by kopalnie pracowały siedem dni w tygodniu. Australijczycy myślą w kategoriach zainteresowania pracownika efektami swojej pracy. W ciągu kwartału pracownik ma wypłacany pewien ryczałt miesięczny, ale na koniec okresu rozliczeniowego, kwartału, otrzymuje również premię efektywnościową od tego, co wypracował jego oddział. On ma świadomość uczciwego rozliczenia swojej pracy. Tylko jedną niedzielę ma zajętą. Cztery dni pracuje po 12 godzin, ale cztery dni ma wolne.

    Można myśleć również w takich kategoriach? Można. A najważniejsze, że gdy mamy 12 godzin, to górnik pracuje efektywniej, nawet 10 godzin przy zapewnieniu mu właściwej organizacji i warunków pracy, a u nas jest to realnie 3,5, może 4 godziny efektywnej pracy na zmianę. Elastyczność gospodarowania czasem pracy to podstawa efektywności produkcji. Jeżeli ktoś powie, że to fizycznie niemożliwe, to odsyłam do historii pracy w polskim górnictwie w latach 80, gdzie pozostawanie na tzw. drugą zmianę było nagminne, a ponieważ sam tego doświadczyłem, to mogę o tym śmiało powiedzieć.

    Krytycznie wypowiada się Pan o układach zbiorowych, a przecież są one podstawą gospodarek państw zachodnich. Czy nie lepiej pracuje się, mając stabilne zatrudnienie?

    Arkadiusz Krężel – System wynagradzania to jest też kwestia efektywności. Układy zbiorowe często ograniczają elastyczność w działaniach antykryzysowych. Układ zbiorowy narzuca pewne rzeczy. Jestem zwolennikiem układów dostosowanych do realiów i partycypacji pracowników w zyskach firmy. Rada pracownicza jest oczywiście potrzebna, ale do wymiany poglądów i szukania najlepszych rozwiązań, by efektywniej wspólnie zarabiać pieniądze.

    Jak to jest, że minęło 30 lat transformacji i przez cały ten czas nie stworzono żadnej wizji energetyki na przyszłość, nie myślano o ekologii ani energii odnawialnej. A co Pan myśli o postulatach Wiosny, by odejść od węgla w ciągu najbliższych kilkunastu lat?

    Arkadiusz Krężel – Z całym szacunkiem, ale o przyszłości energetyki powinni dyskutować ludzie, którzy znają się na rzeczy, a nie politycy którym często brakuje przygotowania merytorycznego w tym zakresie. Lubię ekspresyjnych polityków, ale oni często mówią wszystko o niczym, nic o wszystkim. Tu nie może być koniunkturalizmu politycznego, tylko czasami brutalne powiedzenie sobie prawdy. Zgadzam się z jedną rzeczą, że transformacja polskiej energetyki, ostatnie 30 lat, to w dużej mierze stracony czas. Energetyka w Polsce powinna być rzeczywiście, a nie pozornie zrestrukturyzowana i w znacznej części sprywatyzowana.

    Ale czy w Polsce jest przyszłość dla węgla?

    Arkadiusz Krężel – Jest. Energetyka nuklearna to jest marzenie w naszych obecnych warunkach nierealne finansowo do zrealizowania. Technologie, które są obecnie dostępne, już schodzą z afisza, co może budzić wątpliwości co do sensu inwestowania z ich zastosowaniem, a nowe, które je wyprą, to perspektywa 2030-2050 r. To oznacza, że przez następne 20-30 lat musimy korzystać z węgla, choć oczywiście stopniowo powinniśmy zmniejszać jego udział, wchodząc w OZE i energetykę prosumencką w skali, jakiej dokonali Niemcy w ciągu ostatnich kilkunastu lat. Czasami warto przyjrzeć się temu, co robią inni i wykorzystać ich doświadczenia. Skończmy z populizmem. Musimy podejść do tej sprawy zdroworozsądkowo. Tak jak w 1989 r. Wtedy wszyscy wiedzieli, czego chcą i z jakich problemów trzeba się wygrzebać.

    Rozmawiał Piotr Szumlewicz

    Dodaj komentarz

    Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

    Artykuły powiązane

  • Kategorie