• Menu

    Różne światy (felieton Czesława Rychlewskiego)

    Słyszałem z radia wypowiedzi ludzi z tzw. sondy ulicznej na temat – co powinniśmy zrobić, żeby zasypać, a przynajmniej ograniczyć ideologiczny podział między rodakami

    Większość indagowanych twierdziła, że konieczny jest dialog, bo bez rozmowy nie będzie porozumienia. Jedna pani postawiła jednak sprawę na ostrzu noża. – O czym mam rozmawiać z matołami – zapytała retorycznie – którzy nie uznają żadnych argumentów i wszystko wiedzą najlepiej?

    Forma wypowiedzi nie bardzo mi się podobała, ale nad treścią zacząłem się zastanawiać na podstawie własnych doświadczeń. Przytrafiło mi się, gdy byłem w Katowicach, spotkać człowieka, który mnie zaatakował werbalnie, chociaż nic do niego nie mówiłem. Siedziałem na ławeczce przed dworcem i musiałem słuchać, jakim to jestem zdrajcą narodu i jakie nieszczęścia na niego sprowadziłem. Załóżmy, że był to człowiek z defektem psychologicznym. Ale podobnych sytuacji przeżyłem więcej i trudno to wytłumaczyć moją szczególną przypadłością, polegającą na przyciąganiu uwagi ludzi niezrównoważonych.

    Niedaleko mojego domu mieszka mężczyzna, który na co dzień zachowuje się normalnie i uczciwie. Ciężko pracuje, dba o rodzinę i nie słyszałem, żeby wchodził w konflikt z prawem. Jednak gdy zacznie wygłaszać swoje poglądy, robi się niedobrze. Jego zdaniem Jurka Owsiaka należy wsadzić do więzienia za nadużycia, homoseksualistów wystrzelać, a chore niemowlęta powyciągać z inkubatorów, żeby państwo nie musiało łożyć na ich nędzną wegetację. Nie umie jednak przedstawić ani jednego dowodu na przestępstwa Owsiaka. „Pedały” mu przeszkadzają, bo nie wie, co powiedziałby swojemu dziecku, gdyby na spacerze widzieli całujących się panów. A jeżeli chodzi o chore niemowlęta, to najlepiej było dawniej, gdy prawie w każdej rodzinie słabe dzieci umierały, a mocne przetrwały.

    Próbowałem przekonać go, że jego opinie są krzywdzące, a także niemoralne. Nie udało się, żyjemy w innych światach. Omijam go więc szerokim łukiem, żeby nie zakłócać swojego wewnętrznego spokoju. Czy pani z sondy radiowej nie ma więc racji, gdy mówi, że dialog między zwaśnionymi stronami naszego społeczeństwa jest niemożliwy?

    W jeszcze innym świecie żyje młode pokolenie. Mam czworo wnucząt w wieku od 14 do 25 lat. Relacje między nami są poprawne. Najmłodszy wnuczek powiedział mi nawet z okazji świątecznych życzeń „Dziadku, nie zmieniaj się”. Widzę jednak, że oni bujają w swoich obłokach, dali się opanować przez gadżety i zupełnie nie rozumieją, że nam się to nie podoba. Ja nie próbuję ich pouczać, na zasadzie, że „za moich czasów było lepiej”. Sam tego moralizatorstwa nie lubiłem, gdy byłem w ich wieku. Chciałbym jednak zainteresować ich wartościami, których być może nie dostrzegają.

    Szesnastoletnia wnuczka opowiadała mi niedawno o swoich strasznych koleżankach. Zapytałem ją więc, czy nie mówiono jej na lekcjach religii, że należy szanować bliźniego swego jak siebie samego. Odpowiedziała mi, że oni jeszcze tego nie przerabiali. A tak powinna się zaczynać pierwsza lekcja religii dla najmłodszych, a później należy to wielokrotnie powtarzać.

    Przed dwoma laty pochowałem swojego psa. Żył z nami 16 lat. Trafił do nas przypadkowo. Żona pracowała wówczas jako sekretarka w szkole i matkowała dzieciom, gdy przytrafiło się im coś przykrego. Któregoś dnia dzieci zauważyły, że jakiś facet chce utopić w pobliskim jeziorku czworo szczeniąt. Podniosły alarm, zaczęły głośno płakać. Facet powiedział więc: – Jeżeli chcecie, to sobie je weźcie. Tak też się stało. Karton ze szczeniętami przyniosły do szkoły, do sekretariatu. Żona uruchomiła akcję przekazywania piesków do rodzin pracowników szkolnych. Jeden pozostał. Przyniosła go do naszego domu.

    Dałem mu na imię Kesz. Bez egzaltacji mogę powiedzieć, że był moim przyjacielem. Gdy siadałem w altance na fotelu, czuwał przy mnie jak pies indiański i patrzył w przestrzeń, czy nie zagraża mi nic złego. Parafrazując Gałczyńskiego, ułożyłem dla niego wierszyk: „To ja ci pierwszy pokazałem deszcz i pierwszy kwiat wśród trawy, choć byłeś mały, głupi Kesz, ale cholernie żwawy”. Gdy coś od niego chciałem, siadał naprzeciwko, patrzył mi w oczy (co psy robią bardzo rzadko) i zdawał się mówić: „Wytłumacz mi, o co chodzi. Więc tłumaczyłem. Jestem pewien, że rozumiał znaczenie kilkudziesięciu słów. Ja natomiast nauczyłem się czytać przekazy z jego szczekania i mowy ciała”.

    I tak się zastanawiam. Do czego to doszło, że łatwiej porozumiewałem się z moim psem niż teraz z ludźmi?

    Czesław Rychlewski

    Udostępnij w sieci ....
    Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on LinkedInPin on PinterestShare on Google+Share on VKShare on Tumblr

    Dodaj komentarz

    Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *